Za płotem
Pierwsze w tym roku! Po grudniowych fiołkach i prymulkach przyszedł czas na narcyzy! Jaka to radość dla oczu wypatrzyć w styczniowe południe taki wiosenny cud!
Niby to tylko w ogródku, a nie na dziko, więc powiedzmy liczy się połowicznie, ale jednak narcyzy w styczniu to radość niekwestionowana.
To była od zawsze jedna z moich największych włoskich uciech i codzienne monitorowanie rozkwitów najróżniejszych zaraz po Nowym Roku, już lata temu, stało się moim rytuałem. Do kompletu brakuje teraz tylko fiori di san Giuseppe, które nawiasem mówiąc są moimi ulubionymi.
Powrót
W czwartkowy ranek Lucy spakowała swoje klamoty do Gratka i Mikołaj odwiózł ją do samej Bolonii. Dla mnie 4 godziny wycięte z życiorysu. Po pierwsze dwoje moich dzieci w jednym Gratku beze mnie. Po drugie Gratek, jak to Gratek – nieprzewidywalny. Po trzecie – Mikołaj jeszcze tak dalekiej podróży sam nie odbył…
Na szczęście wszystko dobrze poszło, wszyscy cali i zdrowi dotarli tam, gdzie mieli dotrzeć, a te moje kolejnych kilka siwych włosów, to i tak bez znaczenia.
Powrót Lucy na bolońskie łono był takim symbolicznym zakończeniem świąt. Choć już o choince i piernikach dawno zapomnieliśmy, to jednak bycie w troje dawało namiastkę świątecznej atmosfery. Poza tym rozstania po miesiącu bycia razem do łatwych nie należą. To chyba łatwo można sobie wyobrazić.
Oczywiście są też pozytywy… Tu nie będę udawać niepokalanej Matki polki, która tylko dziećmi żyje. Ja też wracam od dziś do mojej samotnej – niesamotnej routine i ten akurat powrót wcale nie jest mi niemiły.
W środę jeszcze bardziej przykręciłam sobie śrubkę z pracą nad książką i po zweryfikowaniu tego, co obecnie mam w galerii zdjęć przejął mnie strach, że nie zdążę dotrzeć we wszystkie miejsca, żeby tę galerię odświeżyć. Chyba że… Ha!
Może, może… Kto wie! Jeszcze muszę czmychnąć na kilka trekkingów i do końca lutego postawić tą ostatnią najostatniejszą kropkę. Kciuki mile widziane <3
Czwartkowy wieczór zapowiada się pięknie, ale z zapowiedziami różnie to bywa. Lepiej myśleć o tu i teraz, czyli na przykład wziąć się za poświąteczne odgruzowanie Domu z Kamienia.
Dobrej reszty dnia!



7 komentarzy
Zazdroszczę żonkili w ogródku, moje jeszcze śpią po sniegiem, ale dla mnie największym zaskoczeniem były irysy kwitnące w Toskanii po rowach w kwietniu, zazdroszczę tych różnych ciekawych kwiatów rosnących sobie tu i ówdzie:)
Dla mnie też lata temu zaskoczeniem były te wszystkie kwiaty, które znałam z doniczek i kwiaciarni – tu kwitnące na dziko: prymulki, irysy, żonkile, narcyzy.
Przegrałam 🙂 U mnie wciąż tylko prymulki c.d. Pozdrawiam. Hanka
Hanka :)))
PS. Czy wiesz Kasiu, że wujek Google twierdzi, iż fiori di san giuseppe to bergenia? Pozdro. Hanka
Mam bergenię w ogrodzie, ale jej kwiatki w ogóle nie wyglądają tak, jak pokazywała Kasia. Są zebrane w grona, mają krótkie płatki i nie są fioletowe. Liście są duże, skórzaste, zimozielone. Ale faktem jest, że googelek pokazuje fiori di san giuseppe jako bergenię.
I tu się myli, one są z zawilcowatych, jeśli się nie mylę. 🙂