27 października, 2026

Raport z rowerowej inicjacji

Nasze wspólne rowerowanie wyszło super - ja dałam radę, a on był ze mnie dumny. Na ostatnim odcinku, który niestety cały był asfaltową drogą ze sporym spadkiem i natężeniem ruchu, przeszłam wymagający test odwagi, ale szczęśliwie dałam radę, jedyną rzeczą, która nie zadziałała, tak jak powinna, była aplikacja. 

Co znajdziesz w tym artykule?

Uzasadniony strach

Przed wyjazdem w naszą ostatnią podróż po raz pierwszy czułam lekki stres. Był on powodowany tym, że drugiego dnia miałam wsiąść na rower i zrobić 30 km z przewyższeniem ponad 600 m. Właściwie te liczbowe dane są tu zbędne, mój stres wynikał z samego „MIAŁAM WSIĄŚĆ NA ROWER”.

Fakt, że rower będzie ze wspomaganiem wcale mnie nie pocieszał – wręcz przeciwnie – nie miałam przecież żadnego doświadczenia w obsługiwaniu nowoczesnego dwukołowca i w ogóle muszę podkreślić, że ostatni raz na rowerze jeździłam w wieku chyba 14 lat. Tych kilku (naprawdę kilku!) przejażdżek po Biforco i Marradi to nie ma co liczyć. 

Moją obawą, która wynikała z wrodzonej nadwrażliwości było też to, czy On nie straci do mnie cierpliwości tłumacząc mi zmiany przerzutek i czy ja się nie rozpłaczę.

Przed wyjazdem do Orvieto wsiadłam na rower dosłownie dwa razy – ot tyle, żeby sobie przypomnieć, jak się na rowerze jeździ. Podobno tego się nigdy nie zapomina, ale kto to tak naprawdę może wiedzieć.

Jakieś dziesięć lat temu dobre dusze podarowały mi rower, żeby ułatwić życie niezmotoryzowanej blogerce. To ułatwienie w moim przypadku nie zdało egzaminu, bo: po pierwsze przez to, że każdego dnia dużo godzin spędzam przy komputerze, a zatem zakupy traktuję jako pretekst do długiego i intensywnego spaceru, wybierając często okrężną drogę, której skracanie byłoby dla mnie cierpieniem, a po drugie, jeśli już rower w Marradi, to raczej w kierunku górskiego… Zwykły rower bez przerzutek na wiele się tu nie zda, ja ten mój śliczny z koszyczkiem na pewnym odcinku musiałam pchać z zakupami pod górę. 

Jedyne czego się NIE bałam – to czy fizycznie podołam. Wiadomo, że na rowerze pracują inne mięśnie, niż kiedy maszerujemy, ale jednak mam poczucie tego, że jestem w formie i wytrzymałość była moim ostatnim zmartwieniem.

A zatem… mam prawie pięćdziesiąt lat na karku i wymyśliłam sobie, że wsiądę na rower i dotrzymam mu kroku na rowerowym off road! 

Dom z Kamienia, Lago Bolsena na rowerze
Dom z Kamienia, Lago Bolsena na rowerze
Dom z Kamienia, Lago Bolsena na rowerze

Szlak nie do końca trafiony i Druga Para Hoka zdaje kolejny egzamin

Już przed przyjazdem do Lazio zostałam wyposażona w spodenki z silikonową „pieluchą” i w rękawiczki – na całe szczęście!!!!

Odebraliśmy rowery o 9 rano w sobotę, pobraliśmy aplikację naszej wypożyczalni z wybranym szlakiem i ruszyliśmy na… parking. Najpierw musiałam się nauczyć jak działają przerzutki i bateria. I tu Moja Druga Para Hoka zdała kolejny egzamin na medal. Z cierpliwością, z czułością, bez mówienia, że to banał! 

Jedno okrążenie i już wiedziałam wszystko, ale tak czy inaczej On zarządził kolejne, żebym poczuła się jeszcze pewniej. 

Tak, jak przewidziałam, to nie wysiłkowe momenty były dla mnie wyzwaniem, tylko te  podszyte prędkością. Mało tego na podjazdach tylko minimalnie wspomagałam się baterią i znów byłam na przodzie – dokładnie tak samo, jak w czasie cammino czy krótkiego trekkingu…

– Amoreeee, ale jedź przede mną proszę! Ja chcę jechać za tobą! Muszę cię widzieć! -Wołałam odwracając się w panice za siebie.

– „Jedź przede mną…” – żartował – bardzo chętnie, tylko jak?? Ty zostawiasz mnie w tyle nawet na rowerze! Ale ty masz mocne nogi!

Nasze wspólne rowerowanie wyszło super – ja dałam radę, a on był ze mnie dumny. Na ostatnim odcinku, który niestety cały był asfaltową drogą ze sporym spadkiem i natężeniem ruchu, przeszłam wymagający test odwagi, ale szczęśliwie dałam radę, jedyną rzeczą, która nie zadziałała, tak jak powinna, była aplikacja. 

Po pierwsze trzeba było wciąż śledzić trasę na telefonie, bo szlak w ogóle nie był oznaczony. Po drugie wjechaliśmy w środek polowania na dziki, o czym nas nie uprzedzono, a kilometr dalej błądziliśmy dobre pół godziny, bo zatrzymała nas tabliczka „własność prywatna, wstęp surowo wzbroniony”, gdzie – jak na złość – aplikacja postanowiła zawisnąć na amen i w końcu droga powrotna była cała asfaltowa, a nam chodziło przecież o off road. 

Stwierdziliśmy więc, że oczywiście na rower razem znów wsiądziemy, ale musimy z większą starannością wybierać trasy. 

I na koniec, nim usiądę do popołudniowych lekcji, jego podsumowanie: 

– Byłaś brava, wszystko super, ale wycieczka na dwa rowery ma jeden minus: brakowało mi kontaktu fizycznego, nie móc trzymać cię za rękę, swobodnie rozmawiać, ech… Może tandem? 

I tak oto dobrnęłam do końca opowieści o ostatniej dalekiej podróży, a już jutro opowiem o tym, jak bardzo wzruszające było wtorkowe popołudnie i o tym jak spotkały się dwie drewniane sowy. 

Dla przypomnienia jeszcze raz rowerowa ROLKA. 

Dom z Kamienia, Lago Bolsena na rowerze
Dom z Kamienia, Lago Bolsena na rowerze
Civita di Bagnoregio wycieczka rowerowa z Bolsena, Kasia Nowacka blog

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz

Chcesz wesprzeć moją twórczość?
Udostępnij w Social Mediach
Facebook
Twitter
Pinterest
WhatsApp

Autorka bloga

Mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga. Jeśli chcesz poznać mnie bliżej, odwiedź stronę "O mnie"
WSPARCIE

Poprzednie wpisy

Archiwum bloga

(Wpisy z lat 2012-2025)​

Wesprzyj bloga

Będzie mi bardzo miło jeśli moją twórczość wesprzesz na PATRONITE. Pisanie książek, prowadzenie bloga, fotografowanie i pokazywanie włoskiego życia jest moją największą pasją. Żeby jednak pozwoliło mi przetrwać i nadal pisać potrzebuję Twojego wsparcia. Będę odwdzięczać się nową treścią i zdjęciami każdego dnia. Dziękuję.
WSPARCIE
Social Media