Kto nie lubi zwierząt
– To ja idę do Arty – poinformowałam Mikołaja – zarzucając na siebie kurtkę. Arta to nasza fryzjerka.
– No to idzie – odpowiedział pochłaniając odgrzane spaghetti.
– Pewnie od razu Piuma się do mnie przyklei i do końca będzie mi siedzieć na kolanach – próbowałam nawiązać jakiś dialog. Piuma to piesek Arty.
– Mama nie lubi zwierząt, a wszystkie do niej chcą. I kaczka i psy i koty… – skomentował Mikołaj z nutą zawodu.
– Już przestań z tym, że ja nie lubię zwierząt! – oburzyłam się – to, że nie marzę o zwierzęciu w domu, to nie znaczy, ze ich nie lubię. Wyślę ci zdjęcie.
Tak jak przewidziałam, nie zdążyłam się jeszcze dobrze rozsiąść w fotelu, a Piuma już była przy mnie, a raczej na mnie. Nawet Arta mówi, że to niespotykane.
Piumie było chyba cudnie, bo ruszyła się dopiero, kiedy na ulicy za szybą przeszedł ktoś inny z psem. Ja natomiast musiałam się gimnastykować, korzystając z podpórki na komputer, żeby czas na upiększanie się przekuć w coś bardziej produktywnego.
Książka i trekking
I jak już wpadłam w wir, to nawet z dzieckiem – wróć! – z psem na ręku szłam jak burza przez kolejne wersy i akapity. Pomyślałam też sobie, że przedpremierowo zmontuję rolkę z trekkingowych chwil, które stały się częścią mojej nowej opowieści. Ta książka będzie dla mnie szczególnie ważna…
Jeszcze nie pora na podsumowania, czy na podziękowania, jeszcze chwila, a nawet kilka chwil. Brakuje paru zdjęć, szlaków też jeszcze kilka mam w planie, ale jednak, jakby nie było, został już tylko miesiąc z groszem do dnia, w którym muszę dostarczyć do wydawnictwa tekst.
Teraz więc zacznie się moje pisarskie przynudzanie o tym, jak postępują prace, będzie też nerwowe przebieranie nogami, żeby z tymi ostatnimi szlakami udało się wszystko jak na medal. Wykończyłam jedną parę butów, Nikon już ledwo zipię, ale mam nadzieję, że efekt będzie satysfakcjonujący i że wena przez najbliższe tygodnie będzie się mnie teraz wiernie trzymać.
Tymczasem weekend na starcie. O tym weekendzie wiem niewiele, ale mam nadzieję, że tak, jak poprzedni miło zaskoczy, rozpieści i ukocha.



5 komentarzy
Dobrego weekendu z miłymi niespodziankami życzę, a co do fiori di san giuseppe, to najbardziej przypominają mi zawilce greckie.
Oooo to by się zgadzało, bo one są właśnie z zawilcowatych!
Bo te Fiori di san giuseppe to są po polsku anemony, kwitną i w Grecji i w Turcji obficie wiosną 🙂
Mam! On się naukowo nazywa anemone hortensis!
No i jaśnie pan gugiel wyszedł na głupka, musi się podciągnąć z botaniki. Kasiu, fryzura zaje… fajna, wyglądasz super!