Ludzie w drodze
Zapisałam się chyba do wszystkich możliwych grup trekkingowych na fb. Wszystkich tych, które rzecz jasna mnie interesują – szlak ten i ten, cammino takie i takie, strada siaka i owaka, via ta i tamta… Teraz za każdym razem, kiedy otwieram fb, zasypują mnie relacje innych z aktualnych wypraw. Podziwiam, kibicuję, wzruszam się, uczę, robię notatki i… zazdroszczę jak nie wiem co!
Na kolejny poważny trekking muszę poczekać jeszcze prawie dwa miesiące – wciąż z nadzieją, że mój wydawca pomoże znaleźć wsparcie do tych eskapad, a tymczasem planuję malutki, może dwudniowy marsz w pojedynkę.
Mikołaj nie był tym pomysłem uszczęśliwiony, próbował mnie przekonać, że w pojedynkę nie jest wcale tak fajnie i na pewno ma sporo racji, jednak dla mnie wędrówka piesza in solitaria (samotnie) jest czymś czego bardzo chciałabym spróbować. Nie mam jeszcze pojęcia odnośnie destynacji, ale mam nadzieję, że za dwa tygodnie uda mi się zarzucić na ramiona ukochany plecak i pokonać więcej niż oklepane apenińskie ścieżki wokół domu.
Powinnam też usiąść do pisania, ale ten czerwiec zupełnie mnie rozkojarzył i tak sobie myślę, że nie dopisałam nawet jednego słowa do książki, a czasu ubywa. Chciałabym, żeby moja opowieść o pieszym wędrowaniu wyszła pięknie, uczuciowo i sugestywnie i żeby zaraziła miłością do niego jak najwięcej osób.
Ważne sprawy
W tym roku najważniejsze wyzwania związane z moją pracą skupiły się w czerwcu i na początku lipca. Ślub w sercu Chianti już za mną. Teraz muszę tylko pomóc pewnej rodzinie stać się posiadaczami toskańskiego lokum i potem w kwestii spraw urzędowych mogę na chwilę odetchnąć.
To jest wyzwanie na dziś. Jak zawsze w takich sytuacjach czuję przygniatającą odpowiedzialność, w parze z którą idzie oczywiście stres, ale mam nadzieję, że wszystko ładnie się uda i wieczorem w ogrodzie Violetty będziemy świętować pozytywne zakończenie całej sprawy.
Tymczasem w kwestii własnej, najważniejszej sprawy urzędowej nie kiwnęłam jeszcze palcem i to mnie trochę martwi, ale mam nadzieję, że tak jak sobie obiecałam, nim wybije koniec roku, nasze wnioski o obywatelstwo będą już nabierać mocy w urzędowej.
W innych urzędowych sprawach idzie mi nienajgorzej. Chciałabym, aby ten rok był uporządkowaniem wielu spraw, zwłaszcza tych, które powinny były być uporządkowane już dawno.
Tydzień dotelepał się do środka, daleko na horyzoncie majaczy już weekend, w którym znów powinno kipieć od zabawy… Nim jednak weekend rozwinie swój czerwony dywan, zaciskam kciuki i zaklinam niech wszystkie sprawy potoczą się jak najlepiej.
Mikołaj do swoich umiejętności dołączył koszenie trawy. Dumny był wczoraj z siebie jak nie wiem co. W ogródku dojrzewają nam pierwsze papryki, cukinii mamy na potęgę, pięknie obrodziły ogórki, pomidorów coraz więcej, zaraz zbierzemy też cebulę i tylko melony chyba się na nas wypięły i poza kwiatami, nie chcą niczym obrodzić.
Pięknego dnia!



2 komentarze
Mikołaj znowu ma rację. W góry nie chodzi się samemu (samotnie). Uczono mnie kiedyś tego w harcerstwie. Jak bardzo tęsknisz za tygodniową samotnością i chcesz być sama z własnymi myślami to są do tego odpowiednie miejsca pięknie położone w górach, otoczone piękną przyrodą.
Marku po pierwsze nie mówię o tygodniu tylko dwóch dniach. Po drugie jestem wrogiem jakichkolwiek ograniczeń. Znam mnóstwo ludzi, którzy wędrują samotnie i dobrze im z tym. Mikołaj jest zwierzęciem stadnym i on po prostu pewnych moich ciągot nie rozumie.