Jeszcze dwa słowa pożegnania...
Kiedyś już napisałam, że czerwiec jest jak ukochana osoba i kiedy zbiera się do wyjścia i staje w progu, to najchętniej zatarasowałabym drzwi całą sobą i wyszlochała – nie odchodź, nie odjeżdżaj, jeszcze chwilę, zamknijmy się tu we dwoje i udawajmy, że nas nie ma…
I czerwca za chwilę rzeczywiście nie będzie… Wtarabani się lipiec i mam tylko nadzieję, że przyniesie coś dobrego. Najpierw postarzeje się Bolońskie Dziecko, potem pojedziemy do Padwy, potem może będą jakieś tańce hulanki, mam nadzieję, że porządny trekking też się w grafik wplecie, rozkwitną wszystkie słoneczniki, zaczerwieni się więcej pomidorów i na koniec również moja metryka się postarzeje. Ale tylko metryka!
Ostre zakręty
Ten tydzień znów zakręcił się jak rollercoaster i mam tyko nadzieję, że z każdego zakrętu wyjdę cało. Będzie trochę napięcia i stresów, jednak najważniejsze, żeby ostatnia prosta była naprawdę prosta i z górki ze śpiewem zwycięstwa i radości na ustach.
A potem niech zagości stabilny spokój, moja ulubiona codzienność, której w ostatnich tygodniach jest mało.
Niedzielny wieczór spędziłam w gronie przyjaciółek. Zasiedziałyśmy się przy pizzy do nocy. Kelnerzy sprzątali już wszystkie stoły, a my bajałyśmy o życiowych zakrętach. Jeden ma ich więcej, inny mniej, jednego droga zgina się takimi zakrętami, że trudno z nich wyjść cało, na niektórych to nawet nie ma barierek ochronnych, ale tak czy inaczej bez tych zakrętów byłoby nudno i monotonnie. Jeśli cała droga jest prosta jak drut, to po kilku kilometrach można najzwyczajniej zasnąć, a kiedy taka prosta pojawia się po wariackiej serpentynie, to zdaje się być ona największą rozkoszą.
Taka to filozofia do snu w Domu z Kamienia wieczorową porą.
Mikołaj zaraz powinien zacząć pracę. Ja nadal szukam sponsorów i wsparcia do moich wypraw. W sieci spamuję moimi książkami. Na obiad jemy ulubioną sałatkę z brzoskwiniami i pomidorami.
Jeden zakręt, drugi zakręt, a czerwiec właśnie wychodzi…



Jeden komentarz
mój tegoroczny czerwiec jakoś się nie sprawdził – zimny, deszczowy był, jakiś majowy wyszedł, albo nawet kwietniowy..
oby lipiec przyniósł prawdziwe lato