Niechcący
Piątkowa Florencja wyszła zupełnie przypadkiem, tak naprawdę zakwitła w głowie w czwartkowy wieczór popychana sprawami biurokratycznymi i to zakwitła wbrew rozsądkowi podlana deszczowymi prognozami na kolejny dzień.
I dobrze, ze zakwitła, bo w ten szary, styczniowy piątek miasto nabrało zupełnie innych odcieni i zapisało się w głowie jako jeszcze jedno wyjątkowe wspomnienie. Surrealistyczna fatamorgana, abstrakcyjne science fiction…
Kilka miesięcy temu taki dzień był jednym z tych marzeń, które człowiek trzyma w szufladzie, głaszcze, przytula, dopieszcza, ale wie, że choćby nie wiem co, choćby nie wiem jak wizualizował, to w życiu się ono nie spełni, bo jednak cuda mają gdzieś swoje granice…
I oto proszę… Może jednak tych granic nie mają? Styczniowa Florencja jest tego najlepszym dowodem.
Na poważnie
Pomijając sny, bajki, abstrakcje i fatamorgany… Tak wyludnioną Florencją jak w ten styczniowy piątek, cieszyłam się do tej pory tylko w covidzie i to dokładnie w czerwcu 2020 zaraz po tym, jak zwolnili nas z lockdownu.
W żadnym innym momencie czegoś podobnego nie widziałam. Przed Duomo garstka, na Piazza della Signoria garsteczka, na Santa Croce może trzy osoby, w Ogrodzie Róż nikogo, tylko ogrodnicy. Na Piazzale Michelangelo też nikogo, tylko właściciele straganów. W słowie „nikogo” nie ma ani cienia przesady.
Miałam wrażenie, że ten Ogród Róż i cała panorama Florencji i w ogóle cała Florencja była wczoraj tylko dla nas, na wyłączność.
Ostatecznie nie było nawet „podlewania”, parasol otwarty został na pięć minut, ot tyle żeby mieć satysfakcję, że nie był tachany na darmo. Deszcz wprawdzie przyszedł, ale w czasie obiadu, więc nic nam to nie zaszkodziło, a ostatnie krople spadły wraz z ostatnim łykiem kawy.
Wszystko było wczoraj inne, nawet jeśli wciąż to samo – również posiłek w moim ulubionym miejscu. Crostini, tagliere, chianti, toskański humor właściciela i obsługi Fiaschetteria Nuvoli, pogaduszki o śniegu, o życiu, o ludziach…
Wczoraj – jakkolwiek to zabrzmi – poznałam też historię wielu florenckich chodników… Na przykład na Via de’ Banchi, na jednym z rogów, jest płyta chodnikowa ułożona na odwrót względem pozostałych. Kiedyś opowiem jej historię, ale to będzie w już zupełnie innej książce.
Pięknego dnia!



6 komentarzy
Niby szaro, niby chmury, niby zimno i deszczowo, ale i tak pięknie. Pozdrawiam. Hanka
To nam od paru wpisów jest intrygujące… Pozdrawiam. Kasia praska
Droga Imienniczko, też na to powtarzające „nam” zwróciłam uwagę, ale cierpliwie czekam, aż Autorka zdecyduje się nam opowiedzieć coś więcej 😉. Oczywiście, jeśli będzie chciała 🙂. Pozdrawiam serdecznie nie tylko moje imienniczki. Kasia.
Uściski serdeczne!
Co Wy się tak, Kaśki, dziwujecie? To jest po prostu pluralis maiestatis 😀
ha ha ha :)))