Ludzie
Kilkaset metrów po tym, jak zostawiłyśmy Palazzo Ducale w Modenie, napotkałyśmy pierwszego wędrowca. Wiadomo było, że tak jak my, również rusza w Via Vandelli. Kto chodziłby po Modenie z napęczniałym plecakiem, jeśli nie miałby takiego celu?
W tym samym momencie, kiedy się z nim zrównałyśmy, chłopak w kapeluszu wyciągnął telefon i zaczął rozmawiać.
– Jaki aspołeczny!
– Udaje, że z kimś rozmawia, żeby nie nawiązywać z nami kontaktu.
Zaraz przykleiłyśmy mu łatkę i zaczęłyśmy się zastanawiać, jakie – naszym starym zwyczajem – nadać mu imię. Roboczo nazwałyśmy go Samotny, bo szedł sam i ten Samotny tak już został, choć wcale, jak się potem okazało nie dążył do samotności na szlaku, ani też wcale nie był aspołeczny.
Spotkaliśmy się na wspólny nocleg w La Santona – to był koniec trzeciego etapu. Tam, tak naprawdę spotkaliśmy się po raz pierwszy wszyscy razem – cała siódemka, która wyruszyła tego samego dnia.
– Ja Was widziałem w Modenie! – powiedział Maurizio. Chciałem Was zaczepić, ale zadzwonił telefon i ugrzęzłem na dłuższej rozmowie. Potem mignęłyście mi jeszcze raz, tylko już byłyście daleko.
Jak to łatwo czasem przyczepić komuś łatkę…
Maurizio przyłączył się na większość trasy do dwóch przyjaciół. Mężczyżni wędrowali powoli ze względu na problemy zdrowotne jednego z nich, który do tej trasy, jak się okazało, robił drugie podejście. Samotny dzielnie pomagał w niesieniu plecaka Lorenzo.
Poza nimi były też dwie przyjaciółki – Sandra i Grazia z Ceseny. Z nimi spędziłyśmy najwięcej czasu. Spotkałyśmy się na nocleg trzy razy w tym samym miejscu. Po raz pierwszy w Belvedere, potem w La Santona i w końcu razem dotarłyśmy przed burzą do schroniska Il Pradaccio, gdzie cały wieczór minął nam na biesiadowaniu i rozmowach.
Kiedy w Poggio Basia postanowiła wycofać się z dalszej wyprawy, ja miałam przyłączyć się do reszty. Wiedziałam, że Sandry nic nie zatrzyma, że jest tak samo szalona jak ja i nawet jeśli reszta zrezygnuje, ona pójdzie dalej.
Niestety wieści ze schroniska o burzach powstrzymały nawet ją. Cała grupa wyruszyła nieco później i wiem, że wczoraj dotarli wszyscy – choć wszyscy osobno, w takim składzie w jakim każdy wyruszył – do celu.
Ludzie są ważnym elementem każdego cammino. Te spotkania uczą bardzo wiele – otwartości, tolerancji, solidarności. Każdy w takim marszu niesie swoją historię, swoje lęki, swoje troski, bagaż swoich myśli. Niektórzy się tym dzielą, inni słuchają i maszerują w ciszy.
Z Modeny do Puianello i z Puianello do Pavullo, a nawet dalej
Jak już nie raz wspomniałam w relacjach prawie na żywo, Via Vandelli ma się nijak do Via degli Dei. To, co zrobiłyśmy w maju, było spacerkiem w porównaniu do nowego wyzwania. Zrozumiałyśmy to już pierwszego dnia, nawet jeśli ten pierwszy etap teoretycznie do trudnych nie należał.
Teoretycznie, bo ani dłuższej wspinaczki, ani gwałtownych spadków nie przewidywał, jednak dał nam w kość przede wszystkim ze względu na dystans, brak wody i dłużyzny asfaltowych i szutrowych dróg.
Samo wychodzenie z Modeny było nużące. Miałam wrażenie, że huk miasta nigdy się nie skończy.
– Masakra na tym asfalcie. Dobrze, że nie ma takiego upału jak na przykład dwa tygodnie temu – powiedziałam do Basi.
– No właśnie, asfalt mógłby się topić, a my byśmy się do niego przyklejały. A tak nie jest źle.
Oczywiście nim wyszłyśmy z miasta, musiałyśmy zaopatrzyć się w prowiant na drogę i tak zawitałyśmy na marcato, gdzie piekarz „przelał za nas krew”. Krojąc na naszą prośbę chleb na kanapki, zaciął się nożem, co wprawiło nas w ambaras i osłupienie, które potem bezczelnie przeszło w rozbawienie, bo piekarz zachowywał się jak mały chłopiec, który zszedł z frontu. Żartowałyśmy, że jego przelana krew będzie dla nas dobrą wróżbą i gwarancją sukcesu. Ta dobra wróżba towarzyszyła nam jednak tylko przez trzy etapy. Potem już nikt za nas krwi nie przelewał.
Dodatkowym mozołem było oznaczenie Via Vandelli. W czasie pierwszego etapu jest mizerne i trzeba się kurczowo trzymać aplikacji, żeby wyjść na prostą z plątaniny modeneńskich ulic.
Pokonałyśmy pierwszego dnia 35 km, kilka z nich było nadprogramowych, bo szukałyśmy w Modenie ikonicznej pieczątki. Ponadto cierpiałyśmy na brak baru, czy choćby skromnego źródła, więc musiałyśmy się ratować szabrowaniem w winnicy, co oczywiście miało swój szelmowski urok. Tak czy inaczej dotarłyśmy przez zachodem słońca do Puianello i tu spotkała nas kolejna niespodzianka. Nasza rezerwacja w bardzo – nawiasem mówiąc – miłym miejscu gdzieś przepadła… Zmroziło nas na chwilę, ale szczęśliwie Maria Rosa zaraz coś poradziła i noc minęła spokojnie, kolacja w umówionym dwa miesiące wcześniej miejscu pięknie się udała, więc w kolejny etap ruszyłyśmy pełne sił.
Drugi etap trasy kilometrowo był tylko nieco krótszy od pierwszej, niestety tu też przeważał asfalt, ale przynajmniej krajobraz zrobił się o wiele ładniejszy.
O 17.00 dotarłyśmy do Pavullo nel Frignano, gdzie po podpieczętowaniu naszego paszportu, w aurze sukcesu zatrzymałyśmy się na przedkolacyjne aprtitivo, zupełnie nieświadome tego, że z dwóch planowanych kilometrów zrobi się jeszcze prawie sześć. Na nocleg wybrałyśmy bowiem miejsce o wdzięcznej nazwie Belvedere, które znajdowało się „zaraz” za Pavullo.
Ani to nie było zaraz, ani po płaskim. Dodatkowo na miejscu okazało się, że choć wszystko jest pod szyldem jednej agroturystyki, to na kolację musimy tym razem zejść kilkaset metrów w dół, a po posiłku wdrapać się znów na górę.
Dwa pierwsze dni zamknęły się zatem w 68 kilometrach, co nasze stopy zaczęły boleśnie odczuwać. Niemniej jednak po kilku godzinach snu odzyskałyśmy siły i tak nastał ranek i początek trzeciego etapu. Cdn…
Kilka słów informacyjnie
Nie będę opisywać szczegółowo całej wyprawy. Celowo pomijam niektóre detale czy informacje praktyczne. Gdybym teraz wszystko napisała, nikt przecież nie zainteresowałby się moją książką, a taki jest w końcu cel moich tegorocznych wypraw. Proszę więc o cierpliwość i wyrozumiałość, na każde słowo przyjdzie właściwa pora.
Dobrego dnia!



3 komentarze
O jak ja Wam zazdroszczę tego wędrowania, dzięki serdeczne za zdjęcia, oglądanie ich to też jakiś format towarzyszenia w tej wędrówce.
Jestem pełna podziwu dla Waszej determinacji i wspierania się na takiej trudnej drodze
Trzymam kciuki za następne podejście 😉😉😉😉
Pięknie się czyta:)
Wszystkiego dobrego!