Robi się ładniej
Miejsce, w którym spałyśmy drugiej nocy na pewno nie należało do luksusowych, ani chociażby „miłych” estetycznie dla oka, jednak dla człowieka, który przewędrował prawie 70 km ważne jest tylko łóżko, prysznic i posiłek, na wszystkie inne dodatki przymyka oko. Niemniej na pewno miejsce to w pełni zasłużyło na swoją nazwę: Belvedere – co znaczy „piękny widok”.
Świt był rześki i pogodny. Na śniadanie (tak jak i na kolację poprzedniego dnia) znów musiałyśmy zejść kilkaset metrów w dół. Przed nami w pełnej krasie rozciągał się Monte Cimone. Ze swoimi 2165 metrami jest najwyższym szczytem północnego Appennino Emilii Romanii.
Widok na majestatyczną górę towarzyszył nam potem niemal przez cały dzień.
– Gdzie dziś zjemy obiad?
– Tu zaraz jest mała osada – popatrzyłam na mapę w telefonie – na pewno jakiś bar znajdziemy.
– Tam nie ma nic. Kompletnie nic – wtrącił się Lorenzo.
Co on tam wie! – popatrzyłyśmy się na siebie porozumiewawczo. Coś na pewno jest.
Lorenzo naprawdę wiedział. Jak się wkrótce okazało, pokonywał tę trasę drugi raz.
Rzeczywiście osada, do której dotarłyśmy wspinając się przez ukwiecone jeszcze łąki miała piękny widok, klimatyczne zakamarki, ale nie było tam nawet skromnego alimentari, że o barze nawet nie wspomnę.
Po dwóch dniach głównie asfaltu nareszcie zaczęły przeważać polne drogi i ścieżki. Trasa zrobiła się naprawdę widowiskowa. Jej spora część wiła się przez gaje kasztanowe, dębowe i bukowe. I to właśnie na tym etapie znalazłyśmy pierwszą ikoniczną atrakcje Via Vandelli – Ponte d’Ercole, nazywany też Ponte del Diavolo.
Most Herculesa - zwany Mostem Diabła
Most Diabła był jednym z tych punktów trasy, którego nie mogłam się doczekać. Jest to tak naprawdę imponujący monolit o długości 33 metrów i szerokości od dwóch do mniej niż metra, zawieszony naturalnie nad niewielkim wąwozem.
Dookoła monumentalnych głazów, o rozmiarach wręcz nieprawdopodobnych, jest więcej, może nie aż tak wyjątkowych, jak most, ale wszystkie razem w otulinie kasztanów, dębów, wrzosów i cyklamenów tworzą scenerię jak z baśni. Myślę też, że słoneczny i ciepły początek jesieni jest najlepszym momentem, by w te strony zawitać. Słońce splata się z dziewiczym złotem pierwszych liści tracących zieleń i z efemerycznym lilaróż wrześniowych kwiatów.
Podsumowanie trzeciego etapu
Trzeci etap w końcu był czystą przyjemnością. Ani męcząco długi, ani bardzo asfaltowy. Asfaltu była tylko odrobina. Zamiast niego polne i leśne drogi, łąki, gaje, cisza i spokój. Jeżyny i dzikie jabłka. Dotarłyśmy w porze obiadu do Lama Mocogno, gdzie za radą tubylca zatrzymałyśmy się w jednym z barów na kanapkę i aperitivo, które stały się naszym obiadem, a potem ruszyłyśmy dalej i późnym popołudniem dotarłyśmy do La Santona. Na ostatnie dwa kilometry, które wiodły przez las zamieszkały przez elfy i gnomy, musiałyśmy wyciągnąć płaszcze przeciwdeszczowe, ale taki deszcz był niemal przyjemnością późnoletniej wyprawy…
CDN…
Został mi jeszcze jeden odcinek do dokończenia przerwanej opowieści, do której – mam nadzieję – wrócę za niecały rok. Tymczasem łkam za sierpniem, za latem, za cykadami i o tym będę bajać już wkrótce.
Dobrej reszty dnia!



2 komentarze
Pani Kasiu, szkoda łez, jesień tyle bogactwa niesie…
Pewnie dla Ciebie to marne pocieszenie ale pomyśl, że w końcu po tylu latach zaczęłaś realizować swoje trekingowe marzenia więc to lekkie opóźnienie w przejściu całej trasy to po prostu psikus losu żeby jeszcze bardziej zaostrzyć twój apetyt ;).