Czwarty wymarsz i droga pierwotna
Już wieczorem przy kolacji trzeciego dnia wyprawy zaczęły pojawiać się komunikaty o burzach. Nad schroniskiem il Pradaccio miały się przetoczyć około 15.00. Tego dnia mieliśmy do pokonania około 26 kilometrów. Po debatach przy stole z resztą wędrowców ustaliliśmy, że lepiej wyruszyć o świcie, dając sobie tym sposobem możliwość dotarcia do celu, nim rozpęta się armagedon.
Hotel choć śniadanie miał zarządzone od 7.00 zapewnił, że nasz przydział zostawi w nocy przy drzwiach – nie tylko kawę i cornetto, ale też kanapkę na drogę.
O świcie wyruszyłyśmy we cztery: ja Basia, Grazia i Sandra. Potem rozdzielałyśmy się kilka razy i kilka razy spotkałyśmy na nowo, ot żeby nie obciążać się zbytnio swoim towarzystwem i żeby każdy mógł wędrować ulubionym rytmem.
Czwarty etap Via Vandelli należy do jednych z najciekawszych, bowiem niemal w całości jest oryginalnie zachowaną trasą z nawierzchnią sprzed 300 lat.
Sugestywne i pobudzające fantazję. Kiedy się wędruje czując pod stopami kamienie, trudno nie myślec o powozach, które trzy wieki temu gramoliły się pod górę, żeby z Modeny dotrzeć nad morze.
Zatrzymałyśmy się z Basią na kanapkę tuż przed osadą leaFabbrica. Znalazłyśmy przyjemne miejsce z widokiem na Cimone i wyciągnęłyśmy nasz prowiant. Przerwa na wczesny obiad nie trwała jednak długo. Wiatr zrywał się coraz silniejszy, a od północy nadciągały chmury. Celem tamtego dnia było jak najszybsze dotarcie do schroniska.
Passo del Lagadello i wejście do Toskanii
Czwarty etap Via Vandelli jest naszpikowany orzełkami i tabliczkami informacyjnymi tak, że nawet ci najmniej spostrzegawczy nie mogą nie zauważyć jak ważną drogą maszerują.
Nie jest to trudny etap, ale jednak w kwestii przewyższeń całkiem „zadyszkowy”. Ostatnie podejście przed Passo del Lagadello, które jest jednocześnie bramą Toskanii było już na ostatnim tchnieniu. Jednocześnie ten fragment uważany jest za jeden z piękniejszych.
Kiedy tarabaniłam się z plecakiem dziarskim krokiem na górę – moją techniką, żeby się nie męczyć jest szybkie wchodzenie – zastanawiałam się jak te trzysta lat temu wjeżdżały tędy powozy??? I kiedy w końcu mignęło mi w górze przejeżdżające auto, odetchnęłam z ulgą. Byłam w końcu na Passo del Lagadello i wchodziłam do Toskanii.
Czerwone kropki i schronisko we mgle
Kiedy doszłyśmy obydwie na przełęcz Lagadello, wyciągnęłam telefon i jeszcze raz odczytałam wskazówki dotyczące dotarcia do schroniska, jakie dostałyśmy kilka tygodni wcześniej.
Żeby skrócić drogę i nie dochodzić do San Pellegrino in Alpe, gdzie kończył się oficjalnie 4 etap, trzeba było zejść z drogi w wyznaczonym miejscu i iść za czerwonymi kropkami przez las. Przypominało to trochę zabawę w podchody. Przez chwilę pomyślałam nawet, że może to żart. A co by było, gdybyśmy zeszły nie wiadomo gdzie ze zbocza opadającego na łeb na szyję w nicość, bo ktoś by sobie z nas zażartował z tymi kropkami?
Podzieliłam się tą refleksją z Basią, która zrobiła nietęgą minę i już gotowa była sprawdzić wszystko na aplikacji, kiedy w dole zamajaczyło coś jakby dach…
Dotarłyśmy do schroniska Il Pradaccio.
Przywitały nas niemrawe ze starości psy, szybki widok na Alpy Apuańskie, zanim zniknęły we mgle, kilka półek ustawionych równiutko butów i miły uśmiech właścicielki.
Zdążyłyśmy dotrzeć do celu dosłownie na kwadrans przed armagedonem, który szalał przez całą noc. Nasze współtowarzyszki Grazia i Sandra dotarły chwilę po nas i tak wieczorem biesiadowałyśmy we cztery przy trzaskającym kominku, winie, pysznościach i długich rozmowach.
CDN…
Zapraszam Was też do obejrzenia powstałych z wyprawy rolek: TU 4 ETAP..


