Toskania
Kiedy maszerowałam od Sieny do San Quirico d’Orcia, a moje oczy karmiły się widokami, które w swej urodzie były wręcz nieprzyzwoite, znów powróciła oklepana refleksja, która przez te lata pojawiała się w mojej głowie z każdym razem, kiedy wojażowałam po pocztówkowej Toskanii…
Przede wszystkim chciałabym jeszcze raz napisać to, co wielokrotnie już na blogu i w książkach powtarzałam – cyprysowe obrazki, które stały się najbardziej ikonicznym kadrem, niemal emblematem Toskanii, to tak naprawdę krajobraz typowy tylko dla części regionu – przede wszystkim Val d’Orcia i Crete Senesi. Poza nimi znajdziemy w Toskanii przegląd wszystkiego. Myślę, że mój region jest trochę Italią w miniaturze – to znaczy ma wspaniałe miasta sztuki, pagórki z cyprysami, łąki, pola, winnice, gaje oliwne, ale też góry nie bardzo wysokie jak Apeniny czy całkiem wysokie Alpy Apuańskie, morze, rzeki, jeziora, wyspym monumentalne lasy i typowo śródziemnomorską roślinność… Inny krajobraz ma Chianti, inna jest Garfagnana czy Maremma, a jeszcze inne Appennino. Jadąc do Toskanii warto więc zastanowić się nad wyborem miejsca i skonfrontować to z własnymi oczekiwaniami.
Ja sama planując 18 lat temu moje pierwsze toskańskie wakacje, trafiłam do Marradi, bo właśnie – jak na prawdziwą, przekorną duszę przystało – nie chciałam trafić tam, gdzie zagląda większość turystów. I tak oto wybuchła miłość od pierwszego wejrzenia, ale dalszy ciąg historii już wszyscy znają.
I wracając do refleksji…
Piękna jest Val d’Orcia, piękne są Crete Senesi, nieprawdopodobnie piękne – do wędrowania, do podziwiania, do fotografowania, do malowania, ale do życia zdecydowanie wygrywa dla mnie moje Appennino Tosco Romagnolo, w którym jest autentyczność, która w barze o poranku pije kawę, w którym jest folklor mówiący w dialekcie, w którym jest otwartość mieszkańców, która nie przegania turystów ze szlaku, w którym domostwa nie są szczelnie ogrodzone, gdzie wszystko jest na pewno nieco bardziej przaśne, mniej wymuskane, ale jednak równie piękne i naturalne. Moim zdaniem sekret tkwi w swojskości, a tę na naszym szlaku spotkałyśmy tak naprawdę tylko w Ponte d’Arbia.
A ta sobie chodzi...
Oglądając moje relacje na social media, ludzie myślą sobie – ta to ma życie! Chodzi sobie i chodzi, uśmiechnięta od ucha do ucha, tańczy w zwiewnych sukienkach po toskańskich łąkach, porywa się na coraz dłuższe dystanse, zachwyca światłem, kwiatkiem, kamykiem… Pisze sobie farmazony, psalmy, epopeje. Ta to ma życie!
I rzeczywiście kocham moje życie do szaleństwa! Nie zamieniłabym się z nikim, bo sama takie życie sobie stworzyłam, jest uszyte na miarę, jest w nim wszystko to, czego mi potrzeba.
Nie znaczy to jednak, że Instagram czy blog pokazują całe moje życie.
Przez ostatnie 14 miesięcy dźwigam na swoich barkach tak potworny ciężar, że czasem aż trudno złapać mi oddech, ale dźwigam dzielnie dalej. Ludzie patrząc na moją jasną stronę życia, nawet nie przypuszczają jak wielkie to wyzwanie, jak ogromna odpowiedzialność na mnie ciąży, przed jak trudnym egzaminem postawiło mnie życie. ,
Ze wszystkim sobie już w życiu poradziłam, ale tsunami, które przetoczyło się w ostatnim roku okazało się tylko czubkiem góry lodowej.
Projekt Toskania Trekking jest trochę ratunkiem dla mnie samej, żeby nie oszaleć. Wiecie jakie to piękne uczucie, kiedy zarzucam na plecy mój ciężki plecak? Czuję wtedy tylko ten fizyczny ciężar, który paradoksalnie jest jak balsam na duszę, inne ciężary na chwilę udaje mi się zostawić, nawet jeśli potem muszę do nich wrócić.
Nie oceniajmy więc łatwości życia po obrazkach z Instagrama…
Mam zamiar w tym roku dużo chodzić. Ta książka jest taką moją deską ratunkową.
Chciałam też poprosić Was o pomoc. Może jakaś wspólna burza mózgów? Potrzebuję wsparcia do kolejnych wypraw. Wspaniale byłoby mieć patronat jakiejś firmy, stacji radiowej, czasopisma, może jakiś podcast, może seria artykułów w prasie, coś co pomoże załatać dziury w budżecie, które po tych wyprawach powstają, a na ten rok mam w planie jeszcze 4 cammini. Może macie jakiś pomysł, czy wiedzę jak się do czegoś takiego zabrać. Może znacie kogoś, kto współpracą byłby zainteresowany, jakakolwiek sugestia, rada jest na wagę złota, bo ja łamię sobie głowę, ale nic mądrego nie wymyśliłam. Uprzedzę też, że do sklepów outdoorowych z pierwszych kilku stron Google już pisałam. Nikt nawet nie odpowiedział.
Wyprawy nie są kosztowne, bo to tylko kwestia noclegu, co oczywiście nie jest bez znaczenia, natomiast bardzo kosztowne jest w takie dni moje „nieuczenie”, czyli niepracowanie w tradycyjny sposób. Marsz to poza przyjemnością też praca nad książką, ale rzecz jasna nie przynosi profitów od zaraz.
Za wszelkie konstruktywne rady będę bardzo wdzięczna!
Korzystać z okazji chciałam też podziękować wszystkim moim Patronom. Wasze wsparcie jest bezcenne!
Pięknej reszty dnia!
Ps. Na zdjęciach telefoniczne kadry „a ta sobie chodzi…” z ostatniego chodzenia.



2 komentarze
….może u Ciebie, włodarze Twojego miasteczka, wsparliby Cię za rozsławianie Waszego regionu?…
Pozdrawiam
Dzień dobry Kasiu 🙂
Nie jest łatwo w dzisiejszym świecie się przebić, znaleźć pomoc, która będzie wsparciem , a przy tym w zgodzie z naszą naturą.
Trzymam kciuki żebyś takie wsparcie znalazła, bo to co robisz jest wyjątkowe.
Jak wpadnie mi głowy jakiś pomysł, to podeślę.
Nie trać nadziei 😘😘😘😘😘
Dobrego dnia 🙂😘🥰