Ostatni poranek i szlak zagubiony
Ostatniego dnia naszej wyprawy porzuciłyśmy Via Francigena. Niestety tym razem nie mogłam sobie pozwolić na dłuższą wędrówkę. We wtorek wieczorem choćby nie wiem co, musiałam już być w domu, tak aby od środowego ranka wskoczyć w pracowy rytm. Ten powrót był od początku lekko stresujący, bo niestety większość miasteczek w tamtych okolicach ma słaby transport publiczny. Wyczytałyśmy, że teoretycznie z San Quirico jest autobus do Sieny, ale ile razy dziennie? A czy na pewno? A skąd odjeżdża? W internecie były same sprzeczne informacje…
Dlatego właśnie na zakończenie naszego marszu zaplanowałam słynną cyprysową pętlę w okolicach San Quirico d’Orcia, tak aby już w porze obiadu móc się kierować w stronę domu…
Nie byłam też pewna czy Asia z pokiereszowanymi stopami przejdzie ze mną te ostatnie kilometry, czy spokojnie poczeka w miasteczku, choć w głębi duszy czułam, że kto jak kto, ale ona na pewno nie odpuści i oczywiście się nie myliłam.
Zostawiłyśmy naszą kwaterę tuż po 7.00 i na początek skierowałyśmy kroki na przystanek, z którego teoretycznie powinien odchodzić autobus do Sieny, aby upewnić się w kwestii rozkładu jazdy.
Na rozkładzie widniały tylko dwa połączenia ze Sieną, z których popołudniowe bardzo nam odpowiadało, więc dla pewności zapytałam kelnerkę z baru tuż obok, czy ten autobus na pewno przyjedzie.
– Na pewno – potwierdziła – to szkolny autobus. Musi przyjechać.
Po takim zapewnieniu byłam spokojniejsza. Zjadłyśmy więc śniadanie i ruszyłyśmy za drogowskazami „sentiero dei cipressi„.
Dolinę spowijała mgła. Z kłębiastego morza chmur wyłaniały się tylko najwyższe pagórki i Montalcino w oddali. Uczta dla fotografów…
Nie przeszłyśmy nawet kilometra, kiedy dotarłyśmy na rozgałęzienie dróg, na którym już żadnych drogowskazów nie było. Intuicyjnie chciałyśmy iść „główną drogą”, ale zaraz zza ogrodzenia wychylił się starszy mężczyzna i zatrzymał nas w półkroku, mówiąc, że to zamknięta droga i że mamy iść w lewo, a potem jeszcze raz w lewo, a w ogóle to daleko, bardzo daleko i on potem to już nie wie…
Zbiło nas to nieco z pantałyku, ale nie chciało mi się tłumaczyć, że „daleko” jest pojęciem względnym, zwłaszcza kiedy na własnych nogach przyszło się ze Sieny, więc pokornie zawróciłyśmy i poszłyśmy tak, jak wskazał tubylec, nawet jeśli nie do końca przekonane o słuszności tego wyboru…
Szłyśmy tak i szłyśmy, aż dotarłyśmy do asfaltu, a potem tym asfaltem kolejnych kilka kilometrów cofając się do Torrenieri, dokładnie tą samą trasą, którą pokonywałyśmy dzień wcześniej. Nie tak miało być…
Kiedy w końcu dotarłyśmy do grani, popatrzyłam na mapę i oceniłam, że dróżka skręcająca w lewo – w żaden sposób nieoznaczona – musi być tym, czego szukamy. I dokładnie w tym samym momencie, kiedy zostawiałyśmy asfalt nadjechali rowerzyści:
– Koniecznie idźcie tą ścieżką! – zawołał jeden z nich, wyciągając rękę w kierunku grani – to przepiękna trasa!
– Taki właśnie mamy zamiar!
Szlak cyprysowy odnaleziony
Po porannych mgłach nie było już śladu…
Wędrowaliśmy wąziutką dróżką w pełnym słońcu, otulone słodkim zapachem ginestre. Przed nami rysował się skromny szpaler przeplatanki cyprysów i pini.
Zatrzymałyśmy się i jak zaczarowane stałyśmy tak i stałyśmy i nie mogłyśmy się nadziwić jakie to wszystko było piękne.
– Popatrz są! – Wskazałam w dół grupkę najsłynniejszych toskańskich cyprysów.
– Wiesz co… skomentowała Asia – ale one stąd są takie zwyczajne, tu jest o wiele ładniej!
– To prawda. Tutaj to jest dopiero coś niezwykłego i do tego tutaj… jesteśmy same.
W oddali widać było, że na parkingu nieopodal „legendarnych cyprysów” panował ruch jak na Marszałkowskiej. Co chwila podjeżdżały nowe auta, z których wysiadali turyści w dopracowanych outfitach i fotografowali się na tle znanym wszystkim z pocztówek.
– Postójmy tu. Nie spiesz się.
– Nie spieszę – zapewniłam – ja też chcę tu postać…
Stałyśmy tak sobie dłuższą chwilę. Za naszymi plecami było Montalcino, przed nami Monte Amiata, bliżej San Quirico, a w oddali majaczyła Pienza. Pomiędzy tym wszystkim falowały sielskie łąki i pola naznaczone z rzadka wąskimi dróżkami i pojedynczymi cyprysowymi „stróżami”. Dookoła panował wręcz mistyczny spokój. Tylko w dole przy słynnych cyprysach cały czas był ruch w interesie…
Jakie to smutne – pomyślałam. Z jakiegoś powodu ta zbitka oczywiście uroczych drzew, stała się dla wszystkich toskańską mekką. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko ludzie potrafili rozejrzeć się dookoła. Wystarczyłoby zejść na chwilę z wytyczonego przez Instagram szlaku, oddalić się o te kilkaset metrów i zobaczyć świat jak z bajki…
Zeszłyśmy z grani, minęłyśmy parking, cyprysowy zagajnik i żużlową, wcale niepoetycką drogą dotarłyśmy do znajdującego się tuż obok pierścienia cyprysów. Tam dopadła nas ochota na psoty, więc nie bacząc na przewijających się z aparatami i telefonami turystów rozłożyłyśmy się w tym „zaklętym kręgu” na odpoczynek i „batoniki ratujące życie”.
Powrót i kilka refleksji końcowych
Około południa stwierdziłyśmy, że już czas się zbierać. Do San Quirico miałyśmy prawie dwie godziny drogi, a nasz autobus według rozkładu miał odjechać o 15.00.
Byłyśmy już zmęczone… W trzy dni, czy też tak naprawdę w dwie doby przeszłyśmy 78 kilometrów i pokonałyśmy prawie 2000 metrów wzniesień. Nie wiem jak Asia dała radę dotrzymać mi kroku z cierpiącymi od pęcherzy stopami, ale proponuję w tym miejscu zbiorowy ukłon dla niej! Wielki dziękuję Asiu za ten wyjątkowy, wspólny czas, już tęsknię i będę czekać na kolejne!
Spocone, znów zakurzone dotarłyśmy do baru, w którym raźno jadłyśmy śniadanie i sprzed którego miał odjechać nasz autobus. Zamówiłyśmy po kawałku pizzy, wielki talerz sałaty i po kieliszku lokalnego wina.
Jeszcze przez chwilę cieszyłyśmy się odrobiną swobody, zatrzymaniem, podróżą, choć mój telefon zaczynał już upiornie brzęczeć przypominając mi o porzuconych na chwilę obowiązkach…
O 15.00 podjechał pod bar pierwszy autobus. To nie był jednak ten, na który czekałyśmy. Potem, kolejny, który też nie był tym właściwym. U każdego kierowcy coraz bardziej rozpaczliwie szukałam potwierdzenia, że w końcu przyjedzie też ten do Sieny…
Asia nie traciła dobrego humoru, co można było zobaczyć na publikowanych przeze mnie relacjach i rozciągała przede mną wizję planu awaryjnego:
– Jeśli rzeczywiście nie przyjedzie, znajdziemy jakiś nocleg, ty rano przez telefon poprowadzisz swoje lekcje, a potem po południu wrócimy do domu. Najpiękniejsze w podróży jest to, czego nie wiesz, to co czeka za zakrętem…
Nasz autobus w końcu przyjechał, szczęśliwie dotarłyśmy do Sieny, potem do Florencji, dalej do Borgo San Lorenzo, skąd już grubo po 20.00 odebrał nas Mikołaj…
Miałyśmy przewspaniała pogodę, wyśmienite humory, a sama trasa przeszła moje najśmielsze oczekiwania, ale ostatnie refleksje muszę zostawić na jutro, bo czas niestety nagli…
Pięknego dnia!



5 komentarzy
Ach, ileż ja się tam kiedyś nabłądziłam szukając pewnej drogi właśnie! Potwierdzam – oznakowanie jest fatalne, czasem wręcz tak mylące, że podejrzewałam nawet celowe działanie, ale pewnie przesadzam. Teraz w razie czego sięgam pp mapy.cz, są niezawodne. Ściskam serdecznie, Iwona
Oj moje pęcherze już się wyleczyły, mam się dobrze 😆 Ta wyprawa była wspaniała oczywiście to zasługa Kasiu twoja i tych krajobrazów też 🤣 Cudownie maszeruje się z Tobą i na pewno to potwierdzą Ci którzy już byli na takiej wędrówce ❤️ Nie mogę doczekać się opowieści z innych ” i cammini” a przede wszystkim Twojej nowej książki Bacci 😘
Piękne widoki, piękny czas.
Gratulacje dla Asi za wytrwałość.
No i ja również powtórzę – Mapy,cz!
😄😄😄😄
Świetny wpis!
Fantastyczna wyprawa. Chętnie bym też sobie tak powędrowała, choć wiem, że z różnych względów nie będzie mi to dane 🙁 Dziękuję tym bardziej za tę piękną relację.
Nie mogę zgodzić się tylko z ocenianiem ludzi po tym, że robią sobie zdjęcia w określonym punkcie. Nie sądzę też, że wszyscy jak jeden mąż są wystylizowani do fotografii. Nie każdemu dane jest mieszkać w Toskanii czy innym pięknym i znanym miejscu. Niektórzy mają tylko kilka dni na zobaczenie najważniejszych, wymienianych przez przewodniki punktów. Przecież sama droga do nich jest niezapomnianym przeżyciem dla kogoś, kto pierwszy raz odwiedza Toskanię. Pamiętam to jak dziś, gdy kilkanaście lat temu pierwszy raz jechałam drogą z Volterry do San Gimignano i krzyczałam z zachwytu za każdym zakrętem. Od tego czasu odwiedziłam Toskanię chyba 9 razy i mogłam sobie pozwolić na trochę inne zwiedzanie, ale ten pierwszy raz był taki, jaki był. Być może wtedy ktoś też myślał o nas ze smutkiem, że zwiedzamy w taki właśnie sposób, ale my byliśmy najszczęśliwsi na świecie. Mój pierwszy raz we Florencji to głównie Galeria Uffizi, bo pomyślałam, że jeśli mam być tam tylko raz w życiu, to chcę zobaczyć właśnie te wszystkie zgromadzone tam dzieła sztuki, które znałam tylko z obrazków w książkach. Kilkugodzinne zwiedzanie z małymi dziećmi w upale było trudne i męczące, ale czy żałuję? Absolutnie nie! I zrobiłabym to ponownie, bo właśnie na tym mi zależało. Teraz poszłabym najpierw do cudnego San Marco, ale wtedy byłam spełniona.
Punkt widzenia zmienia się z czasem. Gdy 2 lata temu na 4 dni zatrzymaliśmy się w bajecznym zamku Fosdinovo (nb. jest to niesamowite miejsce, w którym mieszkał Dante, a po zamku można się swobodnie przemieszczać w nocy, gdy jest pusto, bo są tam tylko 4 pokoje hotelowe i panie tam pracujące idą do domu), aby poznawać zakamarki Lunigiany, też z lekkim uśmiechem słuchaliśmy gości, którzy opowiadali, jak to w 7 dni zwiedzili całe Włochy: Wenecja, Florencja, Rzym, Piza (tej nikt nie ominie:), Cinque Terre, Garda i Mediolan. Ale nie mnie to oceniać. Bo ja do tej pory nie dotarłam do Mediolanu i pewnie prędko nie dotrę, za to przeszłam szlak 12 kapliczek po wzgórzach i winnicach niedaleko Werony czy etruskie drogi w okolica Pitigliano, a wiem, że niewielu turystów tam trafia.
Od wielu lat mieszkam w Trójmieście, ale nie martwi mnie to, że ludzie robią sobie zdjęcia z Neptunem, a nie trafiają do innych uroczych miejsc. Byłoby to nawet dziwne, gdyby ktoś, będąc tu tylko 1 dzień, zobaczył np. Park Oliwski, a nie był na ulicy Długiej.
Oczywiście najlepiej oglądać świat, chodząc, ale nie zawsze możemy sobie na to pozwolić i tyle.
Przepraszam, że się tak rozpisałam. Pozdrawiam serdecznie, Ewa