Malarze
– A ten dół zrobimy na biało.
– Nie na błękitno?
– Nie, ale możemy dać takie ozdobniki niebieskie, co ty na to? Będzie jak u Moneta w Giverny!
– To pasek niebieski i drugi pasek ozdobników na co drugiej płytce.
– Idę teraz pomalować tam… – Mikołaj przenosi się z rogu ściany, na przeciwną stronę – tu mi się znudziło.
– My to jednak obydwoje mamy ADHD… „Normalni” ludzie tak nie malują i… – tu popatrzyłam na Mikołaja, który na pokrywce od farby zaczął rysować wzorki – tak łatwo się nie rozpraszają.
– To mówi mama, która stoi z telefonem…
– Ojtam! Jesteśmy prawie jak Pat i Mat.
– Już zaczyna być ładniej.
Uwielbiam robić coś z Mikołajem. Jesteśmy wręcz nieprawdopodobnie kompatybilni. Tak samo wpadamy w ferwor działania, tak samo się wypalamy, rozpraszamy, to samo nam się podoba, tak samo żartujemy…
Kuchnia błagała już od dawna od odświeżenie. Wiadra z farbą stały na środku od poniedziałku. Wiedziałam, że jeśli nie zrobimy tego w tym tygodniu, to potem szlag trafi nasze plany. Jak dobrze, że przyjazd Mamy i Świty jest już za najbliższym zakrętem, bo inaczej ten „szlag” już brałby rozmach…
Oczywiście to całe zamieszanie i machanie pędzlem postanowiłam relacjonować na IG, za co posypały się komentarze, że „brava” i w ogóle…
Powiedzmy sobie szczerze… Pomalowanie kilku ścian aż takim wyczynem nie jest, ale muszę uczciwie przyznać, że miłe słowa zawsze przyjemnie łechcą. Dziękuję więc za uznanie i honory godne olimpijskiej mistrzyni.
Po obiedzie musiałam prace kontynuować w pojedynkę, bo Mikołaj na chwilę wrócił do szkoły na jakaś przedmaturalną powtórkę z angielskiego oraz pojechał do pewnej fattorii na wspomnianą wczoraj rozmowę o pracę. Kciuki mile widziane…
Jak wróci będziemy znów działać dalej i mam nadzieję, ze do jutra się ze wszystkim uwiniemy, bo na ten moment to mamy taki „pi pi pi pi…”, że lepiej nie mówić.
Nocleg top
Z Basią pół lekcji przegadujemy teraz o nowej wyprawie i dziś oto zarezerwowałam najbardziej wyczekany nocleg, który jest jedyną opcją w tym punkcie trasy i od którego uzależniałyśmy miedzy innymi moment startu. Na samą na myśl o spaniu w tym miejscu już mi wszystko drży z emocji! Wymarsz zaplanowałyśmy na ostatni tydzień sierpnia.
Tak jak i Via degli Dei – tak i szczegóły i cel tej wyprawy odsłonię dopiero w chwili startu. Powiem tylko, że wyczynowością i dystansem przebijemy nasze pierwsze cammino.
W sprawie sponsoringu skromna iskierka najmniejszej iskierki nadziei zadrgała na horyzoncie. Kto wie, może i w tym coś pozytywnego się zadzieje…
Gdyby dobrze się zadziało porwałabym się nie na 4 – jak zaplanowałam, ale jeszcze na 6 cammini w tym roku. Byłaby to dla mnie pełnia szczęścia.
A teraz czas wracać do malowania i porządkowania „pipipi”. Samo się nie zrobi, niestety…
Pięknego czwartkowego popołudnia!



Jeden komentarz
Brava! Jak by coś, to u mnie jest drabina! I prosimy o zdjęcia „po” 🙂