Przerwa na obiad
Le Pietre di Canossa to maleńka trattoria w tak niepozornym miejscu, że człowiekowi w życiu nie przyszłoby do głowy otwierać gastronomię na takim pipidówku. Oczywiście nie przyszłoby do głowy w innym kraju, ale w Italii to już żadna dziwota. Nie takie pipidówki widziałam, które nagle wypełniały swoje sale po brzegi ludźmi napływającymi niewiadomo skąd.
Od progu przywitała nas wiekowa kelnerka. Na mniej więcej dziesięć stolików zajęty był tylko jeden – ledwie wybiła dwunasta – ale pozostałe na odległość pachniały już rezerwacją. Niepewnie, strojąc się w najpiękniejsze i najsłodsze uśmiechy zapytaliśmy:
– Znajdzie się dla dwóch osób stolik?
Kelnerka podrapała się w głowę, popatrzyła na salę, zaraz coś tam poprzestawiała i usadziła nas w miłym kąciku przy oknie.
Chwilę później przyniosła napisane odręcznie menu. Wszystko to było zapowiedzią domowej uczty.
Tigelle
W menu kusiła każda jedna pozycja. Ostatecznie zamówiliśmy tagliere wędlin, które podane zostało z konfiturami, serkiem crescenza, jeszcze ciepłymi tigelle i przepysznymi, delikatnymi jak chmurki gnocco fritto. Do tego oczywiście domowe wino – tym razem, tak jak na region przystało klasyczne lambrusco.
Dwa słowa o tigelle, bo jestem pewna, że nie jest to przysmak tak słynny, jak pizza czy lasagne.
Jest to specjalność okolic Appennino Modenese. Oficjalnie nazywa się crescentina modenese, ale dla lokalnej ludności z okolic Bolonii, Modeny i Reggio to właśnie tigella. Nazwa wzięła się od terakotowych krążków – właśnie tigelle, na których dawniej wypiekane były mini „chlebki”.
Ciasto na nie przygotowuje się z mąki typu 0 lub 00, mleka, drożdży, smalcu lub oliwy i soli. Tigelle są w tych stronach nieodłącznym elementem każdego posiłku – czy jako dodatek, czy jako danie główne, czy też jako szybkie jedzenie „street food”.
Po tych „delikatnych” przystawkach. Na stół wjechał bis tortelli. Przepyszne, domowe, delikatne, te wypełnione kremem z dyni były lekko słodkie, co w połączeniu z parmezanem tworzyło doskonały mariaż.
Obok nas delektował się swoim posiłkiem samotny mężczyzna – niezmordowany podróżnik rowerowy – jak się wkrótce dowiedzieliśmy. Był stałym klientem w lokalu, co można było zrozumieć już po pierwszej wymianie zdań z kelnerką.
– Trzeba było im podać do tortelli soffritto! – zawołał, kiedy kelnerka oddaliła się znów do kuchni – soffritto to jest „la sua morte”! – powiedział tym razem do nas, a chwilę później kobieta wróciła z dymiącą miseczką aromatycznego sosu.
To określenie „la sua morte” znaczy, że coś się z czymś tak komponuje, że już lepiej nie można.
Wyjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka, dopiliśmy do ostatniej kropli wina i kawy, po czym pożegnaliśmy naszego rozmówcę, podziękowaliśmy obsłudze za pyszny obiad i ruszyliśmy na podbój kolejnego zamku.
CDN…
Dobrego dnia!



2 komentarze
O K…. !!! 🙂
Liczyłam na Twój komentarz:) Bylibyście zachwyceni:)