Pierwsze takie święta
Pod wieloma względami są to inne święta niż zwykle. Pierwsze święta, kiedy mamy sztuczną choinkę, pierwsze kiedy wszyscy troje oddaliśmy się z pasją przygotowaniu prezentowych niespodzianek i te prezenty w tym roku to było coś nieprawdopodobnego. Pierwsze święta, kiedy w takim, a nie innym składzie zasiedliśmy do stołu. I w końcu pierwsze święta, kiedy żadne z nas nie musiało się spinać, napinać, udawać – te dwa dni to był przede wszystkim czas radości, pieszczot, bycia razem w wąskim gronie, czas snu, odpoczynku. Nawet ja czuję się tak, jakbym nagle odpoczęła i wyspała się za wszystkie czasy!
W wigilię wigilii spędziłam cudowny wieczór z Przyjaciółkami. Smakowity radosny czas, rozśpiewany i roztańczony okraszony doskonałą kuchnią Loredany. Już mam przepis na jej sałatkę z pieczoną dynią i radicchio i mam nadzieję, że nim sezon na dynię się skończy, zdążę się nim podzielić w Kuchni Kamiennego Domu.
Do wigilijnego stołu usiadła z nami Caterina bardzo ciekawa niektórych dań i które o dziwo bardzo jej smakowały! No może z wyjątkiem kapusty z grzybami. Zupa grzybowa w tym roku wyszła obłędna, po zmodyfikowałam przepis inspirując się ricettą pewnej starej Włoszki.
Jedzenia przygotowaliśmy słuszną ilość – chcieliśmy żeby było obficie, ale jednak z umiarem i bez przesady. Udało nam się to przednio, bo dziś pewnie dojemy ostatnie świąteczne resztki, a już jutro do menu powrócą moje ukochane spaghetti!
W Boże Narodzenie każdy się wyspał do oporu. Ja rozpieszczałam się panettone jedzonym w łóżku pisząc jednocześnie kolejny rozdział mojej książki, a dzieciaki leniły się i nikt im głowy nie zawracał.
Obiad był prosty, ale arcysmaczny. Ja przygotowałam pieczoną perliczkę z ziemniakami i pomidorkami, a Lucy jarmuż z patelni z pomidorkami i zieloną fasolką.
Hitem świątecznego stołu był też sernik Lucy, który (o zgrozo!) zjedliśmy praktycznie w wigilię! Kawałek Mikołaj zawiózł do domu Cateriny i tam popisowa słodkość mojej córki też odniosła prawdziwy sukces.
Po świątecznym obiedzie znów każdy poszedł do swoich zajęć. Mikołaj resztę dnia spędził wiadomo gdzie, Lucy wisiała przy komputerze przez kilka godzin gawędząc ze swoją amerykańską przyjaciółką, a ja na przemian pisałam i bezczelnie się leniłam, bez nawet cienia wyrzutów sumienia. W pracy nad książką zrobiłam w czasie dwóch dni gigantyczny progres!
Prezenty
I w końcu prezenty…
Wiadomo, że nie one są najważniejsze, ale w tym roku te prezenty były wyjątkowe. Po pierwsze dlatego, że niektórym udało się spełnić marzenia, innych naprawdę zaskoczyć, a poza tym każdy z tych prezentów miał w sobie bardzo osobistą nutkę, często był okraszony pracą własnych rąk, hand made z głębi serca, wyszperany z uwagą w vintagowym sklepie, szyty na miarę. Był śmiech, były łzy wzruszenia, był dziecięcy zachwyt!
A dziś Santo Stefano i plan na dziś niewiele różni się od wczorajszego. Mikołaj wybył już wczesnym rankiem, Lucy odsypia nocne konwersacje. Pewnie we dwie zjemy skromny obiad ze świątecznychresztek, a potem każda z nas będzie się z czułością oddawać własnym przyjemnościom.
Tak dobrze jest czasem nic nie musieć, nie naginać się, być dla siebie.
Dziś jeszcze pogoda nie pozwoli na trekkingowanie, więc mogę w domowych pieleszach pozostać bez wyrzutów sumienia, ale już od jutra wraca do nas piękne słońce i mam nadzieję, że w weekend ten brak świątecznego ruchu uda mi się nadrobić.
Pięknego dalszego świętowania.
Ps. Dziękujemy za wszystkie wspaniałe życzenia!


