Dwa szlaki
Do zamku Maioletto prowadzą dwa szlaki. GPS uparcie kierował nas do kościoła Maioletto, skąd bierze początek jeden z nich, ale jak widać było na zdjęciach satelitarnych, cała trasa wiodła przez las, a nam nie o takie dreptanie chodziło…
Ta, która tak nas zafascynowała kilka miesięcy temu, prowadziła przez słynne calanchi.
I rzeczywiście po wnikliwym wpatrywaniu się w mapę namierzyliśmy osadę Poggio – tak, jak sugerowali na wyszperanym blogu inni girelloni (ci którzy nie mogą usiedzieć w miejscu). Zostawiliśmy „G” przy kilku skromnych zabudowaniach i ruszyliśmy przed siebie granią pośród calanchi.
Valmarecchia i glina
Już od pierwszych kroków wiedzieliśmy, że to będzie genialna wyprawa. Krajobraz z grani był zachwycający. Dolina rzeki Marecchia wśród turystów nie jest zupełnie popularna, a szkoda. Wszyscy oczywiście gnają do Rimini, potem odwiedzają do bólu komercyjne San Marino, niektórzy być może docierają nawet do San Leo, ale już tylko nieliczni zapuszczają się dalej.
Tymczasem warto wiedzieć, że Valmarecchia to skarbnica zamków, warowni i emocjonujących historii. Już kiedyś kilka wpisów w Domu z Kamienia poświęciłam tym terenom.
Rocca di Maioletto była dawniej jedną z najtrudniejszych do zdobycia fortec w całej Valmarecchia. Dziś zachowały się tylko szczątki murów, ale warto pofatygować się na szczyt, bo samo wejście tutaj jest przyjemną dawką adrenaliny, a rozciągający się ze szczytu widok na cztery strony świata to istny spektakl – można w jednym kadrze uchwycić Rimini, San Marino i San Leo!
Co ciekawe od strony calanchi zamku w ogóle nie widać. Resztki murów stapiają się z samotną górą, która jest jego stopami. Od strony rzeki natomiast mur zachował się w stanie niemal doskonałym.
Na dotarcie na szczyt od strony Poggio potrzeba około godziny – w zależności od warunków pogodowych – czy też gruntowych i od zwinności. Co ciekawe nam więcej czasu zajęło pokonanie „łagodnego szlaku”, który okazał się morzem błota, czy też gliny.
Nasze nowiuteńkie Hoka przeszły chrzest bojowy i zdały egzamin na cały worek medali. Błoto mieliśmy nawet na kurtkach… W pewnym momencie popatrzyliśmy na siebie z powątpiewaniem, a ja w myślach powiedziałam: „błagam, tylko mi nie mów, że się wycofujemy. Kto jak kto, ale my?”
Nic nie powiedział, tylko wyciągnął rękę i pomógł mi przejść przez najbardziej grząski odcinek.
– Tam już chyba powinno być lepiej…
Popatrzyliśmy przed siebie i oceniliśmy, że najgorsze za nami, ale jak się wkrótce okazało mniej więcej cały szlak był rozmoczoną gliną. Ostatecznie to, co miało być adrenaliną, okazało się przede wszystkim miłą odmianą po walce o ustanie na nogach i zabawą podszytą dziką uciechą.
Po około 20 – 30 minutach marszu dochodzi się do oratorio San Rocco – o nim na końcu – i dalej szlak zaczyna wspinać się w górę, z każdym krokiem coraz bardziej malowniczo.
Uwaga! Do tych, którzy chcieliby ruszyć tym szlakiem: nie skręcajcie w prawo, gdzie wiszą liny. To przejście jest bardzo niebezpieczne.
Trzeba iść kawałek dalej, aż dojdzie się do rozłupanej skały i długiej drabiny. Należy się po niej wdrapać i następnie tak, jak prowadzi ścieżka, momentami trzymając się liny, aż dotrze się do zamku. Tabliczki na trasie informują, że jest to przejście dla ekspertów i rzeczywiście nie jest na pewno polecane tym, którzy cierpią na lęk wysokości czy też nie mają minimalnego przygotowania.
Trzeba też pamiętać, że na górze zwykle hula silny wiatr, więc lina do przytrzymania się jest bardzo użyteczna.
Rocca Maioleto wita nas kratą zamykającą wąski otwór w murze.
– Nie mów, że jest zamknięte! – zwieszam ramiona bliska rozczarowania.
– Spokojnie… Przecież nie ma kłódki! – odpowiada mi z szubrawym uśmiechem, jak dzieciak gotowy do psot.
Rzeczywiście krata otwiera się za pierwszym pchnięciem, a my wskakujemy do środka…
Rocca di Maioletto, frana i San Rocco
Wewnątrz rokki czekają jeszcze jedne schodki, znów więc trzeba wdrapać się na górę i tak oto wychodzi się na szczyt, skąd już można odzyskując dech podziwiać wspaniałą panoramę – San Leo, San Marino, Rimini, Adriatyk, dolina Marecchi…
Maioletto było dawniej potężną fortecą z przyległymi zabudowaniami, jednak 29 maja 1700 roku po trwających nieprzerwanie przez 40 godzin intensywnych deszczach miało miejsce gigantyczne osuwisko, które pogrzebało niemal żywcem całą osadę Maioletto. Nieliczni, którzy uszli z życiem, zmuszeni byli to miejsce opuścić. Jedynym budynkiem, który przetrwał – było wspomniane już oratorio San Rocco.
Po tym wydarzeniu narodziły się różne legendy. Mówiło się między innymi, że osuwisko było karą boską za anielski taniec – Ballo Angelico. Anielski – bowiem wszyscy byli nadzy. Były to tak naprawdę rytualne orgie, w których udział miał brać podobno sam proboszcz. Ponieważ uczestnicy tych rytuałów, mimo różnych ostrzeżeń, ani myśleli zaprzestać ulubionym praktykom, dlatego więc zesłana została na nich kara boska.
Dziś obraz tego jak ruszyła się ziemia można prześledzić na informacyjnych tablicach. Do tej pory widać wyraźnie linię oderwania się góry.
Frana nie była jednak jedyną tragedią, jaka dotknęła te tereny. W 1644 roku piorun uderzył w skład prochu fortecy, która w wyniku eksplozji w większej części obróciła się w gruzy.
Byliśmy zachwyceni. Staliśmy na szczycie przechodząc tylko z jednej strony na drugą i karmiliśmy nienasycone oczy przestrzenią, księżycową scenerią calanchi, ocalałymi murami. Karmiliśmy się chwilą.
W końcu wytargani wiatrem, jak elicriso na majestatycznych murach zeszliśmy znów do oratorium San Rocco.
– Usiądź przed tymi drzwiami, zrobię ci zdjęcie.
– Poczekaj, najpierw sprawdzimy czy tamte drzwi są otwarte – pokazał na przybudówkę obok.
Drzwi były otwarte. Nad kominkiem stały butelki po winie i po Montenegro. Ściany wypełnione były różnymi napisami – mniej lub bardziej filozoficznymi, mniej lub bardziej poetyckimi.
To był genialny spacer, genialna wyprawa, po włosku mówimy „da incorniciare„, co znaczy do oprawienia w ramki.
– Wiesz, że jak zaczynaliśmy w tej glinie to bałam się, że będziesz się chciał wycofać.
– A wiesz, że ja o tobie pomyślałem to samo… Ale przecież nie po to tu jechaliśmy, żeby dać się zatrzymać przez jakieś błoto czy glinę.
– Nic nas nie zatrzyma, prawda?
Nasze cienie wydłużały się na księżycowych calanchi… San Leo majaczyło w oddali, glina nadal oblepiała buty, a wiatr targał włosy.
Poezja…
CDN…



3 komentarze
Kasiu, z opisu wnioskuje ze to bylo mega przezycie. Brava za odwage! Mam nadzieje ze w „trekingowej ksiazce” bedzie wiecej szczegolow. Dla mnie tylko do przeczytania, nie do nasladowania:)Ale mam w moim otoczeniu kilkoro trekingowych „wariatow”, wiec postaram sie ich zainfekowac kierunkiem.
Z jednej strony bardzo ciesze sie na Twoja nowa ksiazke, z drugiej troche zaluje ze to juz.
Teraz kiedy ktos bliski podziela Twoja pasje, ksiazka moglaby byc ubogacona o kolejne trasy.
Chociaz tajemnice Firenze tez sa w dwoch odslonach, wiec kto wie?
Pozdrawiam, sciskam i ciesze sie ze Ty sie cieszysz.
Marzenia się spełniają. Trzeba jednak włożyć dużo trudu. Wspaniała przygoda
Trudu i wytrwałości <3