Poranek bez ruszania w drogę
Kiedy rankiem w mojej biforkowej kuchni popatrzyłam na opróżniony do połowy plecak, na buty, na kijki moje i kijki Basi, których nie mogła zabrać do samolotu, więc zostały u mnie, na krem przeciwko otarciom, na różowe skarpetki leżące na stercie brudów – zrobiło mi się tak smutno, że miałam ochotę się rozpłakać… Ogarnęło mnie przedziwne uczucie, jakby nagle ktoś mnie rozczłonkował. Chciałam znów poskładać się w jedno i wyruszyć, iść dalej, iść i iść… Dziś jestem jak ten słynny osioł ze znanej animacji – moje serce krzyczy: Ja chcę jeszcze raz!
Buty, plecak i kijki stały się w tych dniach częścią mnie. Buty były moimi stopami, kijki przedłużeniem rąk (dziękuję Piotr!), a w plecaku niosłam wszystko to, co było mi niezbędne do życia. Plecak był moim magazynem, moją skorupą, był mną. Życie przez te kilka dni było tak pierwotnie proste.
Basia i noworoczne postanowienia oraz stare marzenie
Pod jedną z relacji albo zdjęć na Instagramie, kiedy napisałam czy też powiedziałam, że z Basią mało się znamy, ktoś się bardzo zdziwił. Pomyślałam więc, że tę opowieść trzeba zacząć od Basi, od lekcji włoskiego i od marzeń do spełnienia.
O Via degli Dei trajkotałam już od lat. To było moje pierwsze poważne trekkingowe marzenie. Wciąż jednak brakowało czasu, a przede wszystkim dzieci były za małe, żebym ot tak mogła wyjść sobie z domu i przez kilka dni beztrosko wędrować.
To, że rok 2025 będzie mocno trekkingowy czułam przez skórę już jesienią, kiedy z inną moją Towarzyszką zaplanowałyśmy na specjalną okazję wrześniowy kilkudniowy marsz. To od tego wszystko się zaczęło, z tego też powodu powrócił do gry mój dawny pomysł na książkę, choć w zmodyfikowanej wersji.
Basię natomiast poznałam w Krakowie w 2019 roku, kiedy zawitałam tam do włoskiego instytutu kultury z delegacją z Mugello na okoliczność promowania ziem Dantego. Miło nam się rozmawiało w czasie degustacyjnego wieczoru, ale potem już nie miałyśmy praktycznie żadnego kontaktu, aż do minionej jesieni, kiedy to tym razem Basia zawitała z przyjaciółką do Florencji i poprosiła o wspólny spacer. Po tym spacerze zdecydowała też, że chciałaby wrócić do lekcji włoskiego właśnie ze mną – nawiasem mówiąc nie wiem dlaczego, bo po włosku mówi wspaniale – i tak oto zaczęły się nasze cotygodniowe spotkania on line.
Na pierwsze w nowym roku spotkanie dla niektórych uczniów przygotowałam lekcję o postanowieniach noworocznych, o planach i o „nieodkładaniu niczego na potem”. Basię ta lekcja poruszyła szczególnie i tak oto sama postanowiła działać i swoje marzenia zacząć spełniać. Kiedy na jednej z kolejnych lekcji podzieliła się ze mną swoimi refleksjami i decyzjami, wśród których była właśnie Via degli Dei, niewiele myśląc zapytałam:
– A nie chciałabyś mieć towarzyszki do spełnienia tego marzenia? To też moje marzenie i odkładam je od lat!
– Nieśmiałam pytać – odpowiedziała.
I tak zaraz na tej samej lekcji prześledziłyśmy nasze kalendarze i znalazłyśmy termin, który odpowiadałby każdej z nas… Drugi tydzień maja 2025!
To było ryzykowne przedsięwzięcie, bo przecież tak naprawdę się nie znałyśmy. Z góry ustaliłyśmy, że nie musimy być na siebie cały czas skazane i jeśli chcemy iść same w ciszy, to będziemy trzymać zdrowy dystans i szanować swoją prywatność oraz własne potrzeby. Co ciekawe jednak, niemal cały czas szłyśmy ramię w ramię albo noga w nogę czasem tylko oddalając się od siebie jednak nie dalej niż o 50 metrów. Basi poczucie humoru, bliskie mikołajkowemu bawiło mnie do łez przez cały czas naszej wędrówki. Z tym właśnie – między innymi – będę Via degli Dei już zawsze kojarzyć – ze śmiechem, szczerym, do łez, śmiechem z głębi serca! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle się śmiałam. Śmiałyśmy się w restauracji, w barze, śmiałyśmy się kiedy szłyśmy, kiedy stałyśmy i kiedy już leżałyśmy pod kołdrą.
Basia nie była pewna czy podoła takiemu dystansowi i wysiłkowi, bo jednak ten szlak nie należy do łatwych – Via degli Dei uznawana jest za jeden z bardziej wymagających „cammini„. Nawet ja sama nie byłam siebie pewna, choć przyłożyłam się treningowo całą sobą. Teraz zdradzę, że moje budowanie formy było żołnierskie. Każdy wie, że od zawsze dużo chodzę i trekkinguję, jednak od stycznia podeszłam do tego jeszcze bardziej na serio – każdego dnia minimum 10 km marszu i wieczorem godzina porządnej gimnastyki (najwięcej cardio, ale też dla odpoczynku joga i pilates). Nawet kiedy byłam zmęczona, nie było zmiłuj, żadnych wykrętów i to rzeczywiście zdało egzamin!
W sześć dni przeszłam 150 kilometrów (nie sto trzydzieści jak jest napisane oficjalnie, ale o tym nie dziś), prawie 5000 metrów w górę i ani razu nie miałam żadnych bóli, zakwasów, a zmęczenie dopadało tylko chwilowe. Sama byłam pod wrażeniem jak wiele znaczy dobre przygotowanie.
Basia dotrzymywała mi kroku dzielnie! Ona też „odrobiła lekcje”, nie musiałam zwalniać, czekać, dopasowywać się. Po jednym malutkim kryzysie maszerowała dzielnie dalej i potem już szło wszystko gładko. Brawa dla Basi!
Basiu dziękuję!
Już oglądam nowe szlaki, bo chyba było nam w tym wędrowaniu razem pięknie!
O filozofii wędrowania...
Długo w tych dniach będę bajać o tym wyjątkowym wędrowaniu, ale pozwólcie, że część opowieści pozostanie do książki. Taki w końcu był cel tej wyprawy.
Najważniejsza rzecz jaką chciałam się podzielić to sam sens takiego wędrowania. Wiele z Basią o tym rozmawiałyśmy i miałyśmy dokładnie te same odczucia. Jest w takiej podróży coś niezwykłego, mistycznego, pierwotnego. Człowiek skupia się na własnych krokach, wsłuchuje w swój oddech i w odgłosy natury, dostrzega każdy detal, przeżywa każdą chwilę. Czas zwalnia, przeżywanie robi się intensywniejsze, napotykani ludzie zostawiają ślad, kukułka kuka…
Kiedy dotarłyśmy do pierwszego noclegu w Brento, po długich 33 kilometrach, miałyśmy wrażenie, że poranek i śniadanie w Bolonii były kilka dni wcześniej. To było surrealistyczne. O ile zwykle narzekamy na czas rozpędzony, to tym razem czas szedł z nami, nigdzie nie pędził, pozwalał cieszyć się każdą minutą, przysiadał na kamieniu, dumał, zatapiał swoje oczy w cudzie natury, czas był naprawdę dla nas… Dlatego też w myślach nazywam tę podróż Małą WIELKĄ podróżą.
Jeszcze o jednej wspaniałości tego wędrowania w dzisiejszych refleksjach – minimalizm i poczucie wolności. To, co jest człowiekowi naprawdę potrzebne, niesie się na własnych plecach. W pewnym momencie, tak jak już wspomniałam, człowiek stapia się w jedno z plecakiem. Kiedy zarzuca się go na plecy, ma się wrażenie, że waży tonę, ale potem nagle ten ciężar znika.
Noga za nogą, krok za krokiem, oddech, głębszy oddech, cisza, jedna myśl, druga myśl, gdzieś tam krążą nad głową luźne refleksje, reszta świata jakby zniknęła, jest tylko las, łąka, ścieżka. Dopiero wtedy znajduje się przestrzeń , żeby posłuchać samego siebie i – jakkolwiek to zabrzmi – z samym sobą porozmawiać.
Nie miałam czasu ściągnąć jeszcze zdjęć z aparatu. Moje bajanie rozłożę na następne dni. Chcę napisać o ludziach, o samej drodze, o miejscach, o przysmakach, ale na to potrzeba czasu, a mnie teraz wciągnął wir działania. Co ciekawe okazuje się, że moim dorosłym dzieciom jestem jednak jeszcze bardzo potrzebna…
Mikołaj nie mógł się nacieszyć bliskością i wyprzytulał mnie za wszystkie czasy, żaląc się pół żartem oczywiście, że tak bezlitośnie zostawiłam Bobasa samego. Bolońskie dziecko dzwoniło już dzień przed moim powrotem, więc znów byłam kołem ratunkowym.
Szczerze mówiąc, było to dla mnie miłe, cieszę się, że jestem im jeszcze potrzebna i jeśli czują mój brak, to znaczy chyba, że w ich życiu nadal jestem kimś ważnym.
– Jak Mama schudła – powiedział Mikołaj na powitanie, a potem powtórzył to jeszcze kilka razy przyglądając mi się z przejęciem i dotykając palcem to tu to tam – za mało jadła… Musi jeść. No niech zobaczy… – tu objął moje przedramię palcami.
A potem dziś rano, kiedy żegnaliśmy się czule powiedział z dumą: Moja Mama! Moja Mama przeszła 150 km!
Tym, którzy śledzili nas na moich social media – bardzo dziękuję! Było mi niezwykle miło relacjonować naszą podróż komuś, kto miał z tego radość.
Już jutro zapraszam Was na drugą część pisanej relacji. Pięknej reszty dnia!
A tu zrolkowane wszystkie etapy marszu:



25 komentarzy
Gratulacje !!! Marzenia trzeba spełniać 🙂
Dziękujemy! To prawda! Marzenia są niezwykle ważne.
Brave ragazze! Zaczyna mnie kręcić pomysł na takie wędrowanie : )
No wiesz… Jak coś to ja mam na ten rok jeszcze kilka tras do zrobienia <3 :
Wow!!!! wow!!¡ i jeszcze raz wow!!!!🎊🎊 Tak bardzo mnie cieszy że zrealizowałyście noworoczne postanowienie Complimenti 🥰 Takie zwolnienie i uwolnienie się od szybkiego świata powinno być przepisywane przez lekarzy i obowiązkowe😄 Regeneruj się Bella, ja już zacieram ręce z ekscytacji… 😉
Cara mia! Szykuj plecak! Kijki Basi czekają, żeby wędrować z innymi <3 Już za chwileczkę!
Fantastycznie! Dziękuję za te relacje ! I szczerze gratuluję ♥️♥️♥️
Dziękujemy!
Basiu – Kasiu, jesteście Super Team! Szacun, Dziewczyny! Jestem pełna podziwu, szczególnie jak zobaczyłam profil trasy (łóżka wymiatają:). Dobrze Cię widzieć, Kasiu, taką radosną i spełnioną.
Wielkie gratulacje i uściski! Wasze szczęście z pokonania trudnej i wymagajacej trasy jest również naszą radością. Jesteśmy z was baaardzo dumne !!!
Gratulacje! Podziwiam Waszą odwagę, wytrzymałość i chęci. 🙂. Pozdrawiam
Bardzo dziękujemy! My też jesteśmy z siebie dumne 🙂 I już myślimy o następnych!
Jeszcze raz WIELKIE BRAWA dla Was!👏 Przede wszystkim za realizację marzeń, do czego potrzebna jest ogromna odwaga i większości ludzi po prostu na nią nie stać nawet wtedy, gdy mają grube portfele. Ciekawi mnie wiele szczegółów tej wyprawy. Np. waga plecaka i co w nim było? 😀
Niektóre szczegóły będą musiały pozostać do książki, ale o plecaku napiszę. I to prawda – trzeba odwagi do spełniania marzeń. <3
Pięknie Wam się ta wędrówka udała! I pogoda była łaskawa, a to znaczy, że na taką zasłużyłyście 😉. Mam nadzieję, że ta przygoda będzie jeszcze długo dawać lekkość twojej głowie, i tej dobrej energii wystarczy do następnej wyprawy.
I po raz kolejny, droga Kasiu, udowodniłaś, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych, brawo!👏💪
Pozdrawiam serdecznie
<3 Dziękuję!
Gratulacje !!!!
Życzę dużo energii i powodzenia w spełnianiu kolejnych marzeń:):):):):)
Gratuluję Wam dziewczynki i pozytywnie zazdroszczę. Ja też chcę:)
Jak widać na zamieszczonych obrazkach, jest to 'Via delle Dee’ – a nie 'Via degli Dei’ 😉 Jesteście obie panie boginiami!!! 🙂 <3
A swoją drogą, skąd wzięła się ta nazwa? Jacy to bogowie tamtędy chodzili?
DUMA!. Pozdrawiam. Hanka
Wspaniala sprawa, i bardzo bede wyczekiwac ksiazki, ktora z tego 'wyniknie’…
Na pewno zainspirowalyscie kilka osob 🙂
Pozdrowienia serdeczne,
Milena
Bardzo mi miło <3
Gratuluję :D. Jestem z Was dumna! Pokonanie takiej trasy to nie lada wyczyn. Kto wie, może kiedyś porwiecie się na Pacific Crest Trail ;). Pozdrawiam Was serdecznie
Może kiedyś, ale my jesteśmy obydwie włoskimi maniaczkami, a szlaków włoskich jest jeszcze całe mnóstwo. Moim marzeniem jest od lat Sentiero Italia i to wędrowanie jest przygotowaniem też do niego.
7 tysięcy kilometrów…. o łał! Olać szlak Amerykański, niech to marzenie się spełni bo jest dużo lepsze 😉 ! Pozdrawiam serdecznie. Karolina