16 maja, 2025

Via degli Dei – opowieść o ludziach

Dużo na temat ludzi rozmyślałam w czasie tej wędrówki. Myślę, że każdy staje na naszej drodze po coś - czy to na drodze życia, czy na górskim szlaku, czasem jest to coś wielkiego, czasem potrafi naprawdę zmienić bieg historii.

Co znajdziesz w tym artykule?

Bresciani

– Patrz, to znowu oni! – powiedziałam do Basi.

– I znowu siedzą – skwitowała Basia. Zachichotałyśmy jak małe dziewczynki i młodziutką parę, chłopka i dziewczynę, którzy na pierwszy rzut oka nie wyglądali nam na Włochów nazywałyśmy od tamtej pory „Siedząca Para”.

Jednym z najpiękniejszych elementów  „cammino” są ludzie. Nasze wędrowanie ubarwiły przeróżne spotkania – czasem tylko jednorazowe, na chwilę, czasem powtarzały się przez kilka dni, trwały nieco dłużej, ale tak czy inaczej zawsze były wyjątkowe, zawsze z jakiegoś powodu zapadały w pamięć. Dlatego też na własne potrzeby wszystkich po swojemu nazwałyśmy i dziś chciałabym Wam o nich opowiedzieć. 

Pierwszi byli „Brescianie”, zwani inaczej „Misie z Bresci”. Była to grupa 6 może 7 osób w mocno zaawansowanym wieku, rzecz jasna z Bresci, prowadzona przez przewodnika – poganiacza. Spotkałyśmy ich po raz pierwszy zaraz na początku wyprawy, przy Sanktuarium San Luca. Postanowiłyśmy ich wyprzedzić, bo wędrowanie w takim „tłumie” nie bardzo nam odpowiadało i w tym pośpiechu popędziłyśmy prosto, zamiast skręcić na szlak. 

– Ej, tutaj! – krzyknął za nami przewodnik Misiów. 

I tak oto przez pierwsze kilometry albo my deptałyśmy Misiom po piętach albo oni nam. „Zgubiłyśmy” ich dopiero przy Palazzo de’ Rossi…

Niezwykły średniowieczny kompleks, w którym urządzono hotel, stał się naszym przystankiem na bolońską kanapkę. Usiadłyśmy sobie na skromnej ławeczce, spożyłyśmy nasz prowiant, korzystając z otwartego baru dopełniłyśmy nasz posiłek, jak należy, porządną kawą. Kiedy już miałyśmy ruszać, nadeszły Misie z Bresci…

– Tu mają świetną kawę! – powiedziała Basia, a ja zaśmiałam się w duchu, bo natychmiast przejrzałam Basi fortel! 

– Nie mamy czasu – uciął szybko przewodnik, co na szczęście spotkało się z brakiem aprobaty ze strony grupy i tak wszyscy zatrzymali się w barze, a my złapałyśmy nasze plecaki i ruszyłyśmy dalej. 

– Chwilę im się zejdzie, potem pewnie pójdą siku. 

Misie z Bresci spotkałyśmy dopiero wieczorem. Spaliśmy wszyscy u Mary i posililiśmy się w tej samej trattorii. Na drugi dzień przy śniadaniu zacieśniliśmy nieco znajomość. Było przemiło! Potem przez dwa dni już się nie widzieliśmy, ale spotkałyśmy grupę pod koniec czwartego etapu, kiedy zeszłyśmy do Sant’Agata. To było wzruszające spotkanie… Misie z Bresci wędrowały Via degli Dei w pięciu etapach, więc okazało się, że to spotkanie przed barem wędrowców w Sant’Agata, było naszym ostatnim. Często ich potem wspominałyśmy i tych spotkań bardzo nam brakowało.

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Basia, która pije kawę i obmyśla fortel
Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Słynna kawa, która zatrzymała Bresiani

Trzej Muszkieterowie

Potem byli „Trzej Muszkieterowie” – trzech przemiłych panów, również w słusznym wieku – jeden pochodził z Bresci, pozostali dwaj z Cremony. Spotkałyśmy ich u Mary, na naszym pierwszym noclegu. Oni też zjedli kolację w tej samej trattorii Adone, a rankiem przy śniadaniu zamieniliśmy kilka słów. Co ciekawe jednak zacieśniliśmy znajomość dopiero na szczycie góry Adone, od której i my i oni zaczynaliśmy drugi etap wyprawy. To tam powiedziałam im, że piszę książkę, a jeden z Panów, którego ochrzciłyśmy Portos, prywatnie pasjonat grzybów i botaniki, przykazał mi, żebym koniecznie umieściła w niej dużo zdjęć kwiatów.  

Trzech Muszkieterów spotkałyśmy potem w Madonna dei Fornelli – nocowaliśmy w tym samym lokum, które oferowało również kolację, więc znów mieliśmy dużo czasu na rozmowę. 

W czasie trzeciego etapu się nie spotkaliśmy na szlaku, ale nasze drogi splotły się na kolacji i noclegu na tym samym kempingu na Monte di Fo’. O poranku wyruszyliśmy w tym samym czasie, więc w drodze spotkaliśmy się kilka razy, a ostatni raz widzieliśmy się w Sant’Agata, we wspomnianym już barze, gdzie były też Misie i potem, choć spaliśmy w tym samym miejscu, już zniknęliśmy sobie z oczu. Było nam szczególnie żal, bo z Muszkieterami zżyłyśmy się najbardziej. Miałyśmy nadzieję spotkać ich gdzieś na trasie, ale tak się nie stało. Mamy tylko nadzieję, że szczęśliwie dotarli do celu. 

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Siedząca Para na przedmieściach Florencji

Siedząca Para

Najdłużej szłyśmy z „Siedzącą Parą”. Basi szczególnie podobało się to „imię”, bo mówiła, że brzmi tak indiańsko. Siedzących spotkałyśmy w czasie pierwszego etapu. Siedzieli na ukwieconej łące pod drzewem. Wyglądali jak romantyczny obraz. Minęłyśmy ich, a potem oni minęli znów nas i kiedy spotkałyśmy ich ponownie… znów siedzieli pod drzewem… I tak właśnie stali się Siedzącymi. Siedząca Para.

– Oni robią Via degli Dei na siedząco – śmiała się Basia.

Dzień później:

– Patrz, kto jest w barze – powiedziałam szeptem, kiedy dotarłyśmy do baru w połowie drugiego etapu.

– I znowu siedzą…

Siedzącą Parę spotykałyśmy każdego dnia – albo na szlaku albo w restauracji albo w barze. Najwięcej razy spotkaliśmy się na ostatnim etapie. Tam w końcu postanowiłyśmy z nimi porozmawiać. Byli bardzo mili, choć wcześniej wydali nam się bardzo zamknięci i zdystansowani. Podzieliliśmy się wrażeniami o miejscach i o samym cammino, a kiedy minęłyśmy ich znów zapytałam w końcu:

– Skąd jesteście?

– Ja z Milano – powiedział chłopak.

– A ja z Como – dodała dziewczyna. 

Kiedy już wracałyśmy pod Duomo z ostatnią pieczątką, ktoś w tłumie krzyknął:

– Ciao!

Odwróciłam się i zobaczyłam ładnego chłopca z uroczymi piegami i dziewczynę ze „słowiańskim” warkoczem.

– Ciao! – pomachałam radośnie Siedzącej Parze. To było takie wzruszające spotkać kogoś znajomego już na mecie…

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Siciliani DOC na Monte Senario

Ci Dwaj, czyli Sycylijczycy DOC

W Madonna dei Fornelli poznałyśmy dwóch chłopaków. Spaliśmy w tym samym miejscu i byliśmy razem na kolacji. Migali nam potem na szlaku, raz we wspólnej trattorii, gdzie kelnerka przyniosła im chyba dwukilową bistekkę, ale nie zamieniłyśmy z nimi słowa. 

Kiedy pod koniec piątego etapu robiłyśmy podsumowanie kogo spotkałyśmy i jakie imię komu nadałyśmy, dwóch chłopaków akurat wyłoniło się zza zakrętu. 

– O! Ci dwaj, no tamci…

– Ci co jedli z nami u Elisy.

– Słabe imię. Tylko ich z całego grona nie nazwałyśmy jakoś ciekawiej. „Ci dwaj”…

– Bo z nimi nie zamieniłyśmy nawet słowa. 

Jakąś godzinę później spotkaliśmy się przed kościołem na Monte Senario i czekając na otwarcie baru po raz pierwszy powiedzieliśmy do siebie więcej niż tylko „ciao”.

Okazali się bardzo sympatyczni i rozmowni.

– A tak w ogóle skąd jesteście? – zapytała Basia, kiedy już siedziałyśmy w środku nad kieliszeczkiem likieru mnichów.

– Siamo Siciliani! Ma proprio Siciliani DOC! – powiedział jeden z nich.

– Z najbardziej wysuniętego na południe skrawka Sycylii – dodał drugi.

Przedstawiłyśmy się i my, powiedziałyśmy to i tamto o sobie, wymieniliśmy się wrażeniami z różnych miejsc na trasie Via degli Dei, a na koniec Basia zasugerowała, żeby zapozowali mi do zdjęcia. Szkoda, że taki pomysł przyszedł nam do głowy już na ostatnim etapie…

– Mogę was sfotografować? – zapytałam po tym, jak opowiedziałam o moim książkowym projekcie. 

Zaraz ustawili się z wyprężonym torsem, a jeden z nich przykazał:

– Ale poprosimy, żebyś w książce zadedykowała nam osobny rozdział!

Chwilę później rozeszliśmy się do naszych kwater, a ostatniego dnia nasze drogi znów skrzyżowały się na chwilę i wtedy wymieniliśmy się fejsbukowymi kontaktami.

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Dwie dziewczyny
Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Barbarzyńcy na łące odpoczywają po błotnistym zejściu - tylko uważne oko ich wypatrzy

Pary z Psami, Dziewczyna, Irene, Angielski Malarz i Barbarzyńcy

Było jeszcze więcej osób… 

Na przykład Dwie Dziewczyny bez imienia, dwie pary z psem. Najpierw Para z Gołym Psem”, która pokazała nam drogę przed Monzuno, a potem „Para z Kudłatym Psem”, która też razem ze wszystkimi, w tym samym czasie dotarła do Sant’Agata.

Była „Dziewczyna Śpiąca pod Kościołem”. Tak ją nazwałyśmy, bo kiedy pierwszy raz ją spotkałyśmy, spała na ławce w Monzuno. Potem migała nam jeszcze kilka razy na różnych etapach drogi. Rozpoznałyśmy ją po romantycznym kapeluszu. Co jakiś czas przystawała i pisała… Wędrowała samotnie, nie szukała kontaktu z innymi.

Była też „Irene z Vescikami”, czyli z pęcherzami. Przemiła młodziutka dziewczyna z Bolonii. Ona też wędrowała sama, ale w Madonna dei Fornelli nawiązała znajomość we wspólnym pokoju z Argentynką i z chłopakiem, którzy tak jak ona wędrowali w pojedynkę. Zdecydowali, że pójdą dalej razem i dokończą szlak w cztery dni. Niestety górskie buty zmasakrowały stopy Irene i musiała zwolnić tempo. Dwójka poszła bez niej, a my spotkałyśmy ją znów samą na kempingu na Monte di Fo’. Zaopiekowali się nią przez jeden wieczór Trzej Muszkieterowie, a Basia poratowała plastrami, które nam szczęśliwie się nie przydały. Jeszcze raz spotkałyśmy Irene na końcówce czwartego etapu. Ona też dotarła do baru w Sant’Agata (ile nas tam było w tym barze!) i tam na serio rozważała przerwanie marszu. Wyciągnęłam moją apteczkę i dałam jej to, co niezbędne do odkażania ran, ale stopy były zbyt pokiereszowane, żeby iść dalej. 

Jeśli już o stopach mowa, to byli też dwaj chłopcy, oni też mieli górskie buty i widać było, że każdy krok sprawiał im ból. Bardzo jestem ciekawa czy dokończyli swój marsz.

I w końcu „Barbarzyńcy”! Grupa chłopaków, czy też młodych mężczyzn, którzy mówili językiem „barbarzyńców”, ale nie był to ani niemiecki, ani holenderski, więc obstawiałyśmy, że są to potomkowie Wikingów, być może z Danii.

Grupa piła dużo piwa, robiła sporo hałasu, ale dzielnie maszerowała do przodu, choć jeden z Barbarzyńców też miał stopę owiniętą bandażem. Najwięcej uznania zyskali w naszych oczach, kiedy zeszli, a raczej ześlizgnęli się z najtrudniejszego szlaku po błocie z taką werwą, zacięciem i okrzykami, jakbyśmy się naprawdę nagle przeniosły w czasie i spotkały rozpędzone wojsko! To robiło wrażenie! Dalej już ich nie spotkałyśmy, w tym tempie na pewno doszli do Florencji dzień wcześniej.

Na ostatnim etapie, dokładnie w miejscu, w którym po raz pierwszy ukazała się naszym oczom Florencja spotkałyśmy „Angielskiego Malarza”. Mężczyzna wzruszony był tym widokiem jeszcze bardziej niż my, bo jak się okazało w ogóle pierwszy raz w życiu widział Florencję! Był Anglikiem, ale… nie malarzem, jak sam zapewnił. Tak czy inaczej bardzo ucieszył się na taki przydomek. Basia wyjaśniła mu, że według nas wyglądał jak prawdziwy dziewiętnastowieczny artysta…

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Basia rozczulona dobrocią ludzi
Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Gościnność Pana od Truskawek
Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Jeszcze raz dwie dziewczyny - pierwszy etap

Ludzie z dobrocią dla innych

Na osobny rozdział zasłużyli też ludzie, którzy dopieszczają wędrowców…

Na pierwszym odcinku trasy w środku głuszy, tak naprawdę po środku niczego, znalazłyśmy stolik i dzwonek. Obok wisiała też tabliczka, że można za skromne monety dostać też coś do przekąszenia. Zadzwoniłyśmy i zaraz wyłonił się miły mężczyzna.

Pan od Truskawek poczęstował nas naparem, piadiną z konfiturą i oczywiście świeżymi truskawkami, a potem podbił pieczątkami nasze credenziali.  

Jeszcze miłej było w Mugello, gdzie Pani z Trebbio przygotowała dla wędrowców małą przekąskę – crostata z konfiturą, kawa z cykorii, owoce – prawie wszystko z własnego gospodarstwa, prawdziwe eko! Kiedy nas zobaczyła tak rozanielone, wyszła do nas z porcją jeszcze ciepłych cynamonowych ciasteczek. To było przemiłe! 

Na kempingu na Monte di Fo’ miałyśmy również niezwykłe spotkanie. Tuż za nami do baru, gdzie odbierałyśmy klucze wsunął się starszy pan z rulonem pod pachą – jak się okazało jeden z twórców Via degli Dei! Kiedy usłyszał o tym, że piszę książkę był tym szczerze wzruszony! 

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Od lewej - Pan, który oznaczał szlak, właściciel kempingu, Basia i ja:)

Ludzie piszą historię

Dużo na temat ludzi rozmyślałam w czasie tej wędrówki. Myślę, że każdy staje na naszej drodze po coś – czy to na drodze życia, czy na górskim szlaku, czasem jest to coś wielkiego, czasem potrafi naprawdę zmienić bieg historii.

Czasem spotykamy kogoś po to, żeby pokazał nam drogę, a czasem tylko po to, by pokazał nam skromny kwiatek rosnący przy tej drodze… 

Cdn… 

Pięknego popołudnia! 

Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Para z Kudłatym psem w tle, bar w Sant'Agata
Via degli Dei trekking, Kasia Nowacka, Toskania, Dom z Kamienia
Pani z Trebbio

4 komentarze

  1. Czytam kolejny odcinek Twoich opowieści i tak się cieszę, że mamy podobnie! Choć swoją wędrówkę SI uważam za niesamowitą przez jej różnorodność, przyrodę, widoki i miasteczka, to najbardziej zapamiętuję spotkania z ludźmi. Staram się zapamiętywać imiona, robić sobie zdjęcia z nimi, z niektórymi nadal mam kontakt! I wierzę, że jeszcze się spotkamy! A każde spotkanie to historia… A to kawa z piekarzem, a to kawałek focacci na śniadanie, a to gorący prysznic, a czasem nawet dach nad głową, wspólny posiłek, możliwość wysuszenia rzeczy, kolacja… Ludzie to największa wartość tej wędrówki!

  2. Cudny ten wpis Kasiu. Ludzie potrafią być naprawdę wspaniali. Musimy zawsze o tym pamiętać, np kiedy życie akurat postawi na naszej drodze więcej tych samolubnych czy zawistnych. Powinno się wtedy zawsze przeczytać ten kawałek bloga i przypomnieć sobie, że ‚ludzi dobrej woli jest więcej’!

  3. Jesli chodzi o nadawanie imion napotkanym ludziom, to tez tak robię ze znajomymi na roznych wycieczkach. Bardzo ulatwia rozmowe 🙂 Kasia praska

  4. W naszych ponurych czasach pełnych agresji takie opowieści i spotkania przywracają nadzieję, że „ludzi dobrej woli jest więcej” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz

Autorka bloga

Mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga. Jeśli chcesz poznać mnie bliżej, odwiedź stronę "O mnie"
WSPARCIE

Poprzednie wpisy

Archiwum bloga

(Wpisy z lat 2012-2025)​

Wesprzyj bloga

Będzie mi bardzo miło jeśli moją twórczość wesprzesz na PATRONITE. Pisanie książek, prowadzenie bloga, fotografowanie i pokazywanie włoskiego życia jest moją największą pasją. Żeby jednak pozwoliło mi przetrwać i nadal pisać potrzebuję Twojego wsparcia. Będę odwdzięczać się nową treścią i zdjęciami każdego dnia. Dziękuję.
WSPARCIE
Social Media