Poweekendowo
Po bajecznym weekendzie, nadszedł poniedziałek, do którego zawsze – chciał nie chciał – podchodzi się trochę jak pies do jeża, tymczasem ten poniedziałek, pierwszy w tym roku lipcowy poniedziałek, przyniósł garść drobnych radości.
Najpierw był worek „śmieci”…
Goście ruszający w niedzielę o świcie do Polski, zostawili mi klucze od wynajmowanego lokum, potem postawili pod śmietnikiem worek i ruszyli na północny wschód.
Po kilku godzinach zorientowali się, że zostawiony worek na śmieci, był workiem na śmieci tylko z opakowania, w środku znajdowały się bowiem wartościowe rzeczy przygotowane do zabrania do Polski.
Kiedy w poniedziałkowy ranek na WhatsApp i na Messenger znalazłam rozpaczliwe wiadomości, obiecałam, że sprawdzę czy stał się cud i worek ocalał, ale szczerze mówiąc sama w to nie wierzyłam, bo śmieciarka po weekendzie przejeżdża bardzo wcześnie.
Nim słońce rozgościło się na dobre, wrzuciłam na siebie to, co było pod ręką i wyszłam do kontenerów, które stoją przy głównej drodze.
Worek – nawet jeśli nieco zmizerowany – nadal stał, tam gdzie go zostawiono i co ważniejsze – jego zawartość nie została naruszona. Cud! Zaraz popędziłam do domu, żeby zdesperowanym Gościom ogłosić dobrą nowinę.To był pierwszy pozytywny poniedziałkowy drobiazg.
Potem Mikołaj wracając z Marradi, tak jak zawsze ma w zwyczaju, opróżnił skrzynkę na listy i przed obiadem wręczył mi dwa rachunki. Nie ma to jak zaraz z poniedziałku dowiedzieć się o wydatkach… Nie żebym była przesądna, ale uważam, że rachunków w poniedziałki nie powinno się różności. Chyba że…
Wyciągnęłam z koperty „pozdrowienia” od mojego dostawcy prądu i okazało się, że to nie ja jestem coś winna, tylko mój dostawca informował o zwrocie nadpłaty.
Takie rachunki w poniedziałek to ja rozumiem!
Z serii "Kwiatki Mikołaja"
– O jaka ładna – Mikołaj popatrzył na moją folkową, haftowaną bluzkę.
– Podoba ci się? Dziękuję! Też ją lubię.
– Umie tak zrobić?
– Umie. Chce, żebym coś podobnego wyhaftowała dla C.?
– Nie, chcę, żeby mnie nauczyła! I szyć też mnie musi nauczyć.
– To wcale nie jest trudne. Nauczę cię.
– Dla mnie będzie trudne, mam grube pace.
– Nie ma grubych palców. Głupoty gada. Ja nauczę!
Mikołaj jeszcze raz przyjrzał mi się z uznaniem i podziwem.
– Wygląda jak ten polski wazon…
– Jak co?
– No ten polski wazon – powtórzył, a ja spojrzałam na mój outfit i zaraz złapałam, co autor miał na myśli…
– Aaaaa! Jak ceramika z Bolesławca? No ta… – wskazałam na małą filiżankę – prezent od Gości – stojącą na kredensie.
– Tak! Właśnie! Ale w sensie, że ładnie – doprecyzował.
Usiadłam więc ubrana jak ten polski wazon w naszym toskańskim ogródku i popatrzyłam z namaszczeniem na nasze dojrzewające pomidory…
– Zrobi mi zdjęcie?
Nie mam już dziś czasu ani siły, żeby opowiedzieć o weekendowych trekkingach, ale nadrobię to w najbliższych dniach. Mam też nadzieję, że znajdę wreszcie czas, żeby napisać jeden z najważniejszych wpisów w historii bloga. Spokojnie, blog będzie się pisał dalej, nie znikam, Domu z Kamienia jeszcze nie kupiłam, wszyscy jesteśmy zdrowi (przynajmniej taką mamy nadzieję), ale w ostatnich 15 miesiącach wydarzyło się bardzo dużo. Muszę tylko zebrać myśli i wszystko w słowa poukładać.
Dobrej nocy…



3 komentarze
Pięknie wyglądasz jako ten polski wazon 🥰
Kwiatki Mikołaja są super. Mama jak to każda Mama jest wyrozumiała i zna intencje Syna ale z komplementami dla panny C. musi być ostrożniejszy i czytelny. Coś o tym wiem z okresu kiedy byłem w wieku Mikołaja.😊
🙂