"Żonkilie"
– Niech popatrzy – przy śniadaniu podsuwam Mikołajowi pod nos mój telefon, na którym wyświetlają się zdjęcia zdobyczy piątkowego spaceru.
– No wie. A po drodze jak jadę do pracy są te no te… żonkilie.
– Ty się na jeden język zdecyduj. Albo żonkile albo giunchilie.
– Te żółte, tak?
– Tak, tylko po włosku to giunchilie, a po polsku żonkile, a ty zrobiłeś z tego miks.
– Ale tak nawet ładniej brzmi – zamyślił się i jeszcze raz powtórzył na głos – żonkilie…
– Tak trochę francusko, nie?
– Trochę tak, jak Aliiiicjjja zamiast Alice.
– Niech ci będzie.
Żonkili czy też żonkilii jest mnóstwo, kwiatów San Giuseppe już nie liczę na palcach, bo zaczynają wykwitać stadnie. I do tego ptaki zaczęły swój coroczny koncert, świergoczą tak, że aż duszę coś łaskocze. Wiosna… tak zdecydowanie zbliża się do nas wiosna…
Rogi
– Co dziś będziesz robił w pracy?
Mikołaja obecna praca bardzo mu się podoba, bo niemal codziennie robi coś innego i dzięki temu uczy się też wielu nowych rzeczy.
– Jeśli przyjedzie do mnie R. (tata Cateriny) to będziemy kozłom przycinać rogi. Trzeba być we dwoje.
– Kozom się rogi przycina?
– Inaczej przewiercą im mózg.
Wytrzeszczam oczy, a Mikołaj rozkręca swój wywód.
– Jeśli mają takie rogi – wywija rękami nad głową – to nie trzeba, ale jak takie to musisz! A kojarzy jakie baran ma rogi? – tu nad uszami Mikołaj kręci palcami dwa ślimaki – to też trzeba je przyciąć, bo im te rogi oczy wydłubią. Wie ile jest ślepych baranów, bo nikt tego nie zrobił?
Jeden poranek i tyle się nauczyłam.
Mikołaj w tym tygodniu uczył się robić wylewkę i przycinać kozom również „paznokcie”, a radość ma z tego taką jak ja z wyklejania „G” różnymi materiałami.
Dobrej soboty!


