Wyklejany dzień zakochanych
Zaraz po obiedzie zabraliśmy się do pracy. Tym razem poszła w ruch armaflex, czyli okładzina chroniąca przed wilgocią. Wyklejaliśmy G prawie do 18.00, aż mrok i zmęczenie w końcu pogoniły nas do domu. Teraz do zrobienia zostało tylko upiększanie, czyli wyklejenie ostatnią warstwą, nad którą jeszcze główkujemy, bo włoskie poczucie estetyki nie daje się zbyć byle czym.
Ile my mieliśmy z tego radości. Znów było odmierzanie, cięcie, przyklejanie, docinanie, naciąganie, prostowanie, dolepiania i tak przez trzy godziny.
Pierwsza wyprawa z nocowaniem w środku zaplanowana jest na następny weekend. G nie będzie jeszcze wykończony, bo w tygodniu czasu brak, ale już jest dobrze i nakręceni tym jesteśmy jak para dzieciaków.
– Ty zdajesz sobie sprawę, że za tydzień o tej porze będziemy pompować materac?
W odpowiedzi tylko zaklaskałam w ręce przytupując z radości jak dziecko.
Romantyczna część wieczoru
Oczywiście nie żeby ten San Valentino był pozbawiony romantyczności. Po pracowitym dniu przyszedł czas na aperitivo i na wspólne gotowanie i na kolację i na wzruszenia. Było pysznie, bo risotto z radicchio, taleggio i orzechami udało się doskonale, a wzruszeń było naprawdę bardzo dużo. Wystarczy cofnąć się pamięcią w czasie o rok i gardło zaraz wiąże się na supeł.
Choć zawsze broniłam się przed świętowaniem San Valentino, to tym razem toast za zakochanych wznosiłam z ochotą. Nie byliśmy na żadnej fikuśnej kolacji, bo tę kolację przygotowaliśmy sobie sami – razem. I to razem było najpiękniejszym walentynkowym prezentem jaki mogłabym sobie wymarzyć.
A dziś niedziela, a jak niedziela to…
Pięknego dnia!



6 komentarzy
Ale się podziało. Świetnie się czyta Twoja historia Kasiu.
😊👏
Nie mam żadnych dodatkowych pytań. Koniec zimy a w Marradi motyle już latają.🦋
Cieszę się Pani szczęściem. Ech… ze świecą szukać drugiej takiej kobiety <3 🙂
O tak ! Kasia jest cudowna , wyjątkowa ! ♥️
I niech to szczęscię trwa.