Anticiclone i nowe plany
Przede wszystkim do Italii wpadł ostatni chyba w tym roku letni anticiclone, który podarowuje nam prawdziwie letnie temperatury. W nocy 18, w dzień 29, więc można żyć. Taka aura, jak już pisałam, ma być do niedzieli, a potem równo z dzwonkiem na scenę wchodzi jesień.
Dla mnie początek roku szkolnego, choć szkoła od tego roku już nas nie dotyczy, to początek nowego porządku, układania się na nowo – z lekcjami, z planami, z pomysłami na kolejny rok…
I tak mamy z Najmłodszym pomysł na zorganizowanie warsztatów i będzie nam miło, jeśli w komentarzach dacie znać czy ktoś byłby chętny, żeby wiosną lub jesienią pobyć z nami w marradyjskim klimacie, napić się wina, ugotować coś dobrego, odwiedzić Florencję albo Bolonię albo Ravennę, iść na trekking, fotografować i być może pobrać kilka lekcji włoskiego… Myślimy nad nową propozycją, więc wszelkie sugestie będą mile widziane.
Niemal jak Święty Graal
Prawie dwa lata temu odkryłam, że jakimś cudem zgubiłam trzy ważne dla mnie rzeczy. Jedna odnalazła się niemal od razu, druga wczoraj, a trzecią nadal diabeł ogonem przykrywa. Może ktoś pamięta mój stary wpis, ale dla przypomnienia podpowiem: była to butelka wina z rocznika Mikołaja, którą mieliśmy wypić na jego osiemnastkę (odnaleziona), Czerwony Notes (nadal zaginiony w akcji) i dysk zewnętrzny z archiwum zdjęć z lat 2006 – 2008 (zupełnie przypadkiem odnaleziony wczoraj!). Nawet się nie przyznam gdzie był, powiem tylko, że szukałam w piwnicy pustych słoików na przecier pomidorowy…
Kiedy dokonałam epokowego odkrycia, aż się bałam ucieszyć, przekonana, że po 5 latach w takich warunkach dysk już na pewno nie będzie działał. Tymczasem…
Cuda jakich świat nie widział...
Czego to na tym dysku nie ma! Wśród różnych okazji (urodziny, wigilie, „bez okazji”, spacery, czułości, wycieczki, znalazła się też pierwsza sesja zdjęciowa, jaką zrealizował Najmłodszy, czyli mój brat, początkujący wtedy fotograf (17 lat temu!) i której modelką byłam ja we własnej nieco młodszej niż dziś osobie.
Przeglądałam kadr po kadrze i nagle wróciła pamięć tamtych chwil… Inna epoka, inna galaktyka, ale nasze „śmichy-chichy” były i są wciąż takie same. Nadal też mam kurtkę „z lisami”!
Potem rozochoceni podobnych sesji popełniliśmy jeszcze kilka, ale do tych katalogów jeszcze się nie dokopałam. Tak czy inaczej moją ulubioną będzie już zawsze ta w tiulowej spódnicy na torach warszawskiej stacji kolejowej „Olszynka Grochowska”. Bardzo bym chciała te zdjęcia odnaleźć.
Z ulubionych kadrów znalazłam natomiast inne – jedno z ulubionych zdjęć moich razem z Bobasem. Matka Polka z dziecięciem przy piersi, Irlandia, Półwysep Howth, październik 2006 rok.
Dobrej nocy.



3 komentarze
Ale piękne, klimatyczne zdjęcia. Cudownie, że ten dysk się odnalazł. Czerwony notes też się odnajdzie
Pies drapał notes i dysk, ale zgubione wino? 😀 Ohohoho, pamiętam jakby to było dziś. To byłaby dopiero strata! Pozdrawiam. Hanka
Półwysep Howth 🫶 mam także wspaniałe wspomnienia z nim związane 🙂