Póki gra muzyka...
Z niektórymi rzeczami jest tak, że trzeba wiedzieć kiedy przestać, żeby nie przesadzić, nie przedobrzyć, nie nadużyć… Może nawet z wieloma rzeczami tak jest, ale na pewno nie jest tak z tańcem.
Tańczyć trzeba do końca, póki muzyka gra, bo kto wie, kiedy znowu zagrają…
Dla mnie taniec jest wyzwoleniem, jest jedną z tych rzeczy, która mnie upaja w naturalny sposób, widocznie ruszając nogami – tak samo dzieje się w czasie trekkingu – uwalnia się we mnie końska dawka serotoniny.
Taniec uwielbiam od zawsze i kiedy mam ochotę tańczyć, to nie ma dla mnie znaczenia czy jest jasno czy ciemno, czy ktoś patrzy czy nie, czy jest to parkiet w klubie, nad basenem, czy miejski plac, czy wina było dosyć, czy o kieliszek za mało albo nie było go w ogóle… Nic nie ma znaczenia, kiedy dusza chce tańczyć.
W Marradi jeśli chodzi o taniec znalazłam pokrewne mi dusze. Grupa niezwykłych kobiet, które mnie przytuliły, przygarnęły ze szczerością, z radością, bez zawiści i rywalizacji.
I one właśnie, tak jak ja, tańczą póki gra muzyka. Nie ma wykrętów, że ktoś zmęczony, że nie ma siły, że nie wiadomo co. Przestajemy tańczyć, kiedy dj mówi stop… – „jest kwadrans po północy, a miało być maksymalnie do północy” – „ale prosimy jeszcze o jedną piosenkę!” – „a kto się będzie tłumaczył jak carabinieri przyjadą, jesteśmy na placu, naprawdę nie mogę” – „to widzimy się jutro na basenie?” – „oczywiście! Jesteście mój ulubiony team!”
Tak, jesteśmy ulubionym teamem wczorajszego dj i w sumie innych też, bo kiedy my jesteśmy, to wiadomo, że nie ma przebacz – parkiet nie będzie pusty.
Wczoraj bawiąc się do utraty tchu, to w ogóle pomyślałam sobie, że jesteśmy trochę jak bohaterki marradyjskiego Sex in the city”, nie wiem tylko kogo obsadziłabym w jakiej roli. Tu każda gra swoją, jedyną i niepowtarzalną.
– Bawmy się jak dzieci! Jakie to piękne tak tańczyć! – powiedziała Maria i zaraz złapałyśmy się za ręce i rzeczywiście poczułam się, jakbym miała duuużo lat mniej…
Choć z tym „dużo mniej”, to też trochę nietrafione. Na wyzwolony taniec przychodzi chyba czas właśnie w PEWNYM wieku i w pewnym momencie życia. Kiedy ma się w nosie co wolno, a czego nie, co wypada, czy komuś się spodoba, czy pokręci nosem albo się oburzy. Właśnie z wiekiem taniec nabiera jeszcze więcej smaku.
W lipcu na placu
Tak naprawdę to nie wiedziałam nawet czy coś się w ogóle w piątkowy wieczór sensownego urodzi. Na placu zapowiedziana była huczna impreza – czterdziestolecie jednej z marradyjskich pizzerii. Darmowe jedzenie i muzyka do północy.
Na wszelki wypadek zestroiłam się w jedną z najlepszych sukienek, do tego nieodłączne tenisówki, bo szyk szykiem, ale wygoda w tańcu to podstawa i ruszyłam do Marradi. koniec końców rozpętała się gorączka piątkowej nocy, która stała się rozbiegówki do tego, co planowane jest dziś.
Muszę przyznać, że taniec w klubie, czy taniec na parkiecie nieopodal basenu, nie są tym samym czym taniec na placu głównym miasteczka.
Ciepły, frywolny wiatr targa włosy i zwiewne sukienki, gorąc wytapia z człowieka ostatnie toksyny, muzyka echem odbija się od zabytkowych palazzi… Kwintesencja włoskiego lata.
Niech kolejny wieczór pięknie, frywolnością się pisze!



Jeden komentarz
Piękne te firanki masz ! 😘