Zmiany
W ciągu kilku tygodni moja codzienność zmieniła się nie do poznania i gdyby mi ktoś jesienią 2024 roku powiedział jakie to będą zmiany, to bym się popukała w czoło i powiedziała – taaaa achaaa na pewno! Nigdy w życiu! Ale to naprawdę w życiu i za żadne skarby!
Nigdy nie mów nigdy…
Gdyby natomiast moją aktualną codzienność ktoś opowiedział mi kilka miesięcy później – wiosną albo latem 2025 – to westchnęłabym tylko z rozmarzeniem, a potem „wróciła na ziemię” kwitując takie fantasmagorie: nawet cuda mają swoje granice. To się niestety nigdy nie wydarzy…
Wydarzyło się, bo widocznie cuda nawet jeśli gdzieś te granice mają, to być może o nich nie wiedzą.
– Czy dla ciebie tak jest w porządku? – pytam Mikołaja, który nawiasem mówiąc do domu wpada już tylko na spanie.
– Tak – nie rozwija się z żadnym elaboratem.
Jak tak, to tak. To dobrze. To ważne.
Moją nową codzienność celebruję minuta po minucie. Zawsze celebrowałam codzienność, nawet tę trudną, tym bardziej więc teraz.
Przed nowym weekendem
Ledwie skończyłam opowiadać o minionym weekendzie, a tu już nowy niemal na starcie. Tym razem nie wysyłam żadnych screenów pogodowych, poza tym nie ma co wysyłać, bo od morza do morza w niedzielę ma być po prostu szaro. Pewnie gdzieś ruszymy, bo inaczej nas skręci, ale raczej nie daleko. Na pewno nie 200 km w jedną stronę. Może wykorzystamy ten czas, żeby przy „G” pomajstrować i może też należałoby w końcu odpocząć?
Ten tydzień dla mnie był lżejszy w lekcje – dobrze i niedobrze, więc wykorzystałam czas maksymalnie na pisanie. Po każdym pisarskim posiedzeniu wrzucam na whatsapp zdjęcie ilości słów, jako dowód na postęp tych prac i cieszę się, że ktoś mi w tej pracy tak bardzo kibicuje. To w ogóle takie przedziwne dla mnie, że kogoś na serio obchodzi to, co robię i to, co wypełnia moje dni.
Do tak wielu rzeczy nie byłam przyzwyczajona… Mam wrażenie, że dopiero teraz niemal u progu półwiecza ktoś odkorkował we mnie butelkę z nowymi emocjami – emocjami, o których istnieniu, czy też intensywności nie miałam pojęcia.
Nie udostępniam od jakiegoś czasu moich wpisów blogowych na fejsbuku, a powody tego są tak naprawdę dwa. Po pierwsze jestem zmęczona walką o to, żeby ktoś je zauważył. Piszę dla samego pisania, to jak skrawek dziennika otwarty dla innych. Tak było zawsze.
Drugim powodem są natomiast komentarze próbujące rozszyfrować to, o czym wprost pisać nie chcę. Ja wiem, że trzymające się za ręce cienie, dwie pary butów, liczba mnoga, „G” – pobudzają fantazję, ale to nie jest jeszcze moment aby wyjść poza to. Wolałabym zatem uniknąć komentarzy na social media. Tu na blogu to co innego, tu jak w domu, a dalej w świat… chyba nie ma takiej potrzeby. Jeszcze nie dziś. Jeszcze raz bardzo o to proszę.
Dobrego czwartku!



10 komentarzy
No i pięknie, życzę Ci jeszcze więcej szczęścia, bo to że jesteś szczęśliwa wnikliwi widzą w oczach już od jakiegoś czasu ;). Ściskam i pozdrawiam.
Karolina ma rację!
Nic tak dobrze Kasi nie zdradza jak Jej oczy i różnorodność spojrzeń. Odkryłem to już jakieś 2 – 3 lata temu. Słowa pisane przez Kasię są tylko zajawką lub kamuflażem ale oczy zdradzają wszystko.
Ale dwa i trzy lata temu moje oczy nie były takie jak dziś 😉
To Twoje życie.
Twoja „prywata” a nie całego świata.
Ciekawskich proszę odesłać do Pudelka 🙂
Bez komentarza nic nie komentuję 🙂
Ja nic nie zauważam z reguły. Ale bardzo nas cieszy Twoje szczęście 😍
Pani Katarzyno, trzymam kciuki za Panią i nowe olśnienia!
Bardzo dziękuję:)
Pani Katarzyno, trzymam kciuki!
Jak ja się cieszę, że nie mam żadnego fejsbuka! Moje życie, moja sprawa, a ja k coś chce napisać, to piszę tyle, ile chcę. Po co czytać między wierszami? Jest to, co widać, co napisane. Na inne rzeczy jak przyjdzie czas, to przyjdzie. Pozdrawiam!