Niedzielny wpis
To, co w niedzielę turlało się po głowie zostało spisane w trzech czwartych, a potem się rozproszyłam milionem innych myśli – między innymi o tym, co włożyć do walizki i tak oto na tych trzech czwartych utknęłam, bo zrobiło się późno a na mnie już ktoś czekał, żeby wyruszyć na kolejny piękny trekking.
Pomyślałam więc, że trudno… dokończę wieczorem, jak już wrócę z maszerowania.
Kiedy jednak przedwieczorem dotarłam do domu, głowa najpierw przeszła w stan uśpienia, a chwilę potem z tego snu została brutalnie wyrwana nadejściem Zmory.
Takiego uderzenia nie było już dawno… Nie było mowy o żadnym pisaniu, o spaniu, o jasnym myśleniu.
Dziś jest nieco lepiej, powoli wracam do żywych, ale Zmora jeszcze się panoszy.
Zamiast kończyć wczorajszy wpis, skasowałam wszystko, bo dziś po głowie tłucze się już zupełnie inaczej.
Schyłek roku, schyłek grudnia...
Nie wiem z czego ta głowa tak nagle rozbolała… Mam nadzieję, że do jutra przejdzie, bo głowa w formie będzie mi w tych dniach bardzo potrzebna. Głowa spokojna, bez boleści, głowa uważna, głowa pełna nadziei.
O trekkingu – kolejnej niezwykłej wędrówce i kolejnym apenińskim odkryciu – opowiem już jutro, bo dziś czas nagli i za chwilę, jak zawsze, usiądę do lekcji – po raz ostatni w tym roku. Potem mam nadzieję, że uporam się z przygotowaniem tradycyjnego wpisu streszczającego cały miniony rok i dokończę pakować walizkę.
Grudniowy anticicolone pięknie nam trwa i podarowuje aurę, jakiej nie powstydziłby się zaawansowany marzec. Tak ma być już do końca, roku, a potem kto to wie – raz straszą deszczem, raz atakiem zimy, a prymulki nie zważając na to już się w Apeninach zaczynają ze snu wybudzać.
Dobrego dnia! Dobrego tygodnia i o kciuki za odejście Zmory pięknie proszę!



Jeden komentarz
Kciuki trzymam aaakysz Zmoro!!!