Gratek
– Mama… – ten ton nie zwiastował niczego dobrego. „Tylko nie wypadek, tylko nie wypadek…” – zaczęłam zaklinać w głowie, kiedy Mikołaj po drugiej stronie telefonu brał głębszy oddech.
– Co się stało?
– Strzeliła mi opona.
– Jezu! Gdzie? Wszystko ok?
– Mama, mam telefon na 3%, jestem przed il Camino. Niech do kogoś zadzwoni.
Niech do kogoś zadzwoni… Tylko do kogo?? Niech wymyśli, niech znajdzie, niech uratuje, niech pocieszy, niech nakarmi, wychowa, wykształci, niech doładuje telefon, niech zamówi szkła, niech zrobi szybki przelew, niech będzie, kiedy trzeba, niech wysłucha, niech zbawi świat i duszę uratuje…
Tylko mama, która z tym wszystkim zmierzyła się sama, wie o czym mowa. Zazwyczaj mi się udawało, raz lepiej raz gorzej, ale zawsze jakoś stawałam na wysokości zadania. Problem tylko w tym, że czasem to stawanie na wysokości zadania kosztowało mnie mnóstwo energii. Czasem ta energia schodziła ze mnie do zera. Zwłaszcza wtedy, kiedy ta wysokość zadania była poza moimi kompetencjami. Tak było wczoraj…
Po całym trudnym dniu (żeby nie powiedzieć g…m), kiedy właśnie weszłam do domu i miałam na spokojnie wyszykować się na wieczór z przyjaciółkami, telefon Mikołaja rozłożył mnie na łopatki. Ktoś powie – normalka, jest auto i takie rzeczy się zdarzają, ale dla mnie to było znów kolejne wyzwanie. Najpierw napisałam do Mikołaja przyjaciela, ale Luca z resztą ekipy był akurat poza Marradi. Do Mario już z takimi sprawami nie da się zadzwonić. Lex? Szykuje się do podróży. Franco? Głupio tak głowę zawracać.
– Trzeba było do mnie zadzwonić! Powiedziała Loredana, kiedy już po wszystkim siedziałyśmy razem w barze.
– Wiesz, że ja nie pomyślałam… Nie wiedzieć czemu szukałam w głowie osobników płci męskiej. Absurd.
Loredana popatrzyła na mnie karcąco.
– Następnym razem już wiesz. Któraś z nas na pewno by przyjechała.
Teraz już wiem, ale wczoraj u mechanika, kiedy już wpadłam do warsztatu z wywieszonym językiem, to z oczami pełnymi łez poprosiłam o pomoc.
Mikołaj był głodny, zmęczony po 9 godzinach pracy w winnicy w sierpniowym słońcu, przestraszony i bezradny, bo nikt zmieniania koła jeszcze go nie nauczył. Poza tym trzeba mieć przede wszystkim koło…
Na szczęście nic mu się nie stało, bo oczywiście moja głowa wytworzyła kilka czarnych scenariuszy, zakręt, góry, większa prędkość…
U mechanika łzy z rzęs zaczęły kapać, więc szybko się zawinęłam, żeby już większej sieroty z siebie nie robić.
Ostatnia fala atrakcji letnich
W piątek latałam jak głupia. To do Mario, to na pocztę, to znów do Marradi, to jeszcze raz. Ogarnęła mnie panika działania, że coś do poniedziałku pominę.
Wieczorem dopadł mnie gorszy humor i z wieczoru w babskim gronie już już miałam zrezygnować, kiedy przyjacielskie grono stanęło na wysokości zadania i za uszy wyciągnęło do góry.
Taneczna sobota już zmierza do mety. Plecak prawie spakowany. Niedziela zapowiada ostatnie podrygi letnich imprez. A ja kręcę 15 kilo pomidorów na przecier.
Dobrej nocy



4 komentarze
Moja ty bido kochana. Znam to z autopsji: niby nie sama, a sama. Pozdrawiam. Hanka
Czasem pomoc przychodzi z najmniej spodziewanej strony
Życzę Kasiu żebyś zawsze kogoś znalazła😘😘😘
Dobrej podróży 🥰🥰🥰
Niech… znam to doskonale, niech….i błyskawicznie szukasz w głowie rozwiązania…niech, bo jako samotny rodzic tylko ty je znajdziesz…Czasami nie masz siły, chcesz się poddać ale regenerujesz się i idziesz dalej. Jest dobrze.
To zrozumie tylko kobieta, która samotnie wychowuje dziecko/dzieci. Znam to, niestety, morze wylanych łez. A z drugiej strony, wielka duma, że daje się samej radę. Pozdrawiam Pani Kasiu.