Cudowne kilometry
Thich Nhat Hanh jeden z najsłynniejszych mistrzów buddyjskich powiedział: „Zwykło się uważać za cud chodzenie po powierzchni wody czy unoszenie się w powietrzu, ale myślę, że prawdziwym cudem jest chodzenie po ziemi. Każdego dnia uczestniczymy w cudzie, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy: niebieskie niebo, białe chmury, zielone liście, ciekawskie oczy dziecka – nasze własne oczy. Wszystko jest cudem”.
Nie umiałabym tego piękniej opisać! Dokładnie tak! O tym, że zawsze lubiłam chodzić, jeszcze dawno temu zanim przybyłam do Włoch, lubiłam to już jako dzieciak, wiadomo nie od dziś, bo piszę o tym do znudzenia. Teraz jednak mam wrażenie, że to chodzenie weszło na jakiś wyższy poziom świadomości i wciąż we mnie pęcznieje dopraszając się o jeszcze.
Posłużę się też innym cytatem, tym razem Rousseau, pod którym mogłabym się podpisać i właściwie to sama nie raz podobne słowa pisałam:
„Nie daję rady medytować, jeśli nie chodzę. Jak tylko się zatrzymuję, przestaję myśleć. Moja głowa jest zsynchronizowana z moimi stopami.”
Ja w 2020:
Kiedy maszeruję, uruchamia się u mnie coś jakby dynamo. Im więcej kroków tym więcej myśli, im trudniejsze kroki, większe zmęczenie, tym lepsze pomysły, większa kreatywność, a do tego, kiedy idę sama, nikt mnie nie rozprasza i mogę rozmyślać do woli…
Od jutra będę maszerować wśród olśniewających krajobrazów Toskanii starą drogą pielgrzymów. Niestety tylko trzy dni, ale w tym miesiącu i tak przekroczyłam wszelkie dopuszczalne normy wolnych dni.
Złe zaprogramowanie
Swoją drogą mam ostatnio wrażenie, że źle zostaliśmy zaprogramowani. Mam tu na myśli moje pokolenie urodzeni w latach 70-tych… Mieliśmy być skromni, nie prosić o więcej, być użyteczni, pożyteczni, grzeczni, nie skupiać sią na tym czego w duszy tak naprawdę pragniemy. Mam wrażenie, że wyrośliśmy w duchu „marzenia są tematem tabu”. I teraz już za półmetkiem życia wciąż gdzieś się tli upiornie przekonanie, że nie powinnam, że trzeba się zająć czymś „porządnym”, a nie fantazjować o byciu jak Dante…
A przecież tak nie powinno być! Marzenia są siłą napędową, są wiatrem w żagle. Czy naprawdę da się żyć bez marzeń?
– Tak mnie kusi szlak „…” – mówię do Mikołaja przy kolacji.
– To idzie! – dla Mikołaja wszystko jest proste.
– Ale to jest wyzwanie. Tam już się idzie przez konkretne góry, tam to są dopiero przewyższenia i jeszcze większa dzicz – kiedy to mówię, czuję jak mi serce drży na samą myśl o tej wędrówce.
– Ciocia Andrei poszła na te wszystkie „Mounteveresty”.
– To ja też chyba bym mogła…
– Po prostu idzie.
Basiu chodzi mi po głowie „VV” coraz bardziej wyraźnie, coraz namolniejsze jest to marzenie. Nie jest to na pewno zwykły spacer, ale chyba dałybyśmy radę?
100 kilometrów
Za kilka godzin z Florencji wyruszy słynny Ultramaraton – 100 km del Passatore. Wiele razy w tych latach o nim pisałam, opowiadam o tym wydarzeniu również w Nieznane Toskania i Romania. Towarzyszka mojej kolejnej wyprawy już szczęśliwie wylądowała i zmierza do Biforco. Teraz zastanawiam się gdzie mogłybyśmy dopingować pierwszego maratończyka dobiegającego do Marradi… Może w Casa Gallo? Mario byłoby na pewno miło.
Wieczorem na rozgrzewkę przed jutrem planujemy trochę potańczyć, bo dziś na placu będzie się działo.
A jutro… O tym gdzie będziemy wędrować, dowiecie się z mojej pierwszej relacji na żywo… Gdybym już nie zdążyła się niedzielnie przywitać – życzcie nam powodzenia i do usłyszenia w Domu z Kamienia za kilka dni!



3 komentarze
Podziwiam Kasiu Twoje wedrowki, ja zaczelam chodzic zeby zrzucic troche kg ,ale ciezko haha Ale dzieki Twoim wpisom ile to przeszlas to czuje sie zawstydzona i sie nie daje Milego dnia zycze i pozdrawiam z Irlandii
A ja polecam Ci bardzo książkę „Zew Włóczęgi”. To taka moja wędrówkowa Biblia 🙂 Dlaczego chodzenie jest podstawową ludzką potrzebą 😉
Skąd masz taki cudowny t-shirt? Zawsze linkowałaś skąd garderoba, ale teraz nie widzę 🙂
Powodzenia!!!! Trzymamy kciuki!Dobrego zmęczenia i samych pięknych wrażeń!