Dom z Kamienia
To było rok temu… Wracaliśmy z Mario z Modigliany z moich ulubionych Feste dell’Ottocento. Zatrzymaliśmy się najpierw przy jednej z winnic, żeby obfotografować napuchnięte słodyczą grona, a potem nieco dalej przy kamiennym domostwie. Trwały końcowe prace przy mojej nowej stronie i wciąż brakowało głównego zdjęcia. Brakowało Domu z Kamienia…
Tamten dom napatoczył się zupełnie przypadkiem. Przejeżdżałam obok niego w tych latach niezliczoną ilość razy, ale nigdy nie zaszczyciłam go nawet jednym kadrem, aż do tamtej wrześniowej niedzieli.
Dziś nie pamiętam nawet jak się nazywa, a nazywać się jakoś musi, bo tu wszystkie domy mają swoje imię. Nie jest to dom moich marzeń, bo otula go cień doliny, a ja jestem przecież dzieckiem słońca, płaskowyżu, wzgórza, grani… Gdyby go jednak przenieść nieco wyżej domem marzeń mógłby być.
Kolekcja
W archiwum zdjęć mam całą kolekcję Domów z Kamienia. Myślę, że znam je wszystkie w promieniu 20 kilometrów. Fotografowałam się na ich tle z maślanymi oczami, z zadumą, z bijącym sercem, z rozczuleniem. Głaskałam kamienne mury, opierałam się plecami o drzwi udając, że stoję w progu własnego domu. Wyobrażałam sobie w nich letnie poranki z tańczącymi w oknie zasłonkami, przedwieczorne aperitivo w ogrodzie, kolacje w rozgrzanej kominkiem kuchni… Wyobrażałam sobie moje bose stopy na kamiennej posadzce, kiedy o świcie zwlekam się z łóżka i przygotowuję sobie pierwszą kawę, wyobrażałam sobie zapach, kolory, detale, widok z okna…
Jestem od tego mojego marzenia najzwyczajniej w świecie uzależniona. Na szczęście to uzależnienie nie rujnuje zdrowia, czasem tylko troszkę rani duszę… Tylko troszkę.
Jestem jak narkoman, czasem robię sobie detoks – nie myślę, nie fantazjuję, przechodzę obok kamiennych murów „obojętnie”, a potem znów ze zdwojoną siłą wpadam w cug. Na widok kolejnej kamiennej rudery oczy wypełniają się łzami, gardło na supeł i znów wyobraźnia szybuje jak zerwany z żyłki latawiec.
We dwie
– Chodź na selfie z mamusią! – zapraszam nieco prowokacyjnie. Jeszcze rok temu nawet nie śmiałabym proponować. Mój Boże… Rok temu i kolejne miesiące… Podchodzi, szczerzy się do zdjęcia, a potem zabiera mi telefon i sama selfie reżyseruje.
– Nie umiesz dobrze światła ustawić – krytykuje tonem specjalistki.
– Mogę jedno opublikować? – pytam, kiedy chwilę potem przeglądamy serię głupawych zdjęć.
– Możesz, ale tylko na „story” – Lucy wybiera to, które jej zdaniem jest najlepsze.
Ubaw mamy przedni.
– Potrzebuję jeszcze kilka sekund video, możesz mi zrobić? – podaję znów telefon.
Lucy nagrywa, ale pajacuje przy tym przedrzeźniając mnie do woli. Jest dobrze. Jest wesoło i spokojnie. Czasem martwię się, że to pęknie jak bańka, bo wciąż wydaje się takie kruche, ale może nie… Może już wszystko będzie dobrze…
Po południu zatrzymujemy się w barze na kieliszeczek czegoś dobrego. Tylko ja i Ona i nasze rozmowy. Opowiada mi o tygodniu w Szwajcarii, a potem o pobycie w Riccione, pokazuje zdjęcia, śmieje się, a oczy aż iskrzą. Żeby jeszcze tylko znalazła pracę byłoby już całkiem pięknie…
***
Niedziela stanęła w progu, przetarła zaspane oczy, zapachniała poranną kawą i szykuje się żeby do tej poezji codzienności dopisać kolejną wrześniową strofę.
Pięknego dnia!



3 komentarze
Przepraszam, ale czy Lucy nadal studiuje 🤔
Kasiu,jak ja Cię rozumiem w marzeniu o domu z kamienia…. I wiesz ,wierzę że spełnimy kiedyś to marzenie. Bo przecież marzenia są po to żeby je realizować! ✊🏻✊🏻✊🏻☺️☺️
Spełnienia marzeń życzę❤️
Uściski dla Ciebie I Twoich dzieci.
Pozdrowienia dla Mario-dawno go tu nie było, mam nadzieję, że dobrze się czuje.
🌻🥂