Klops
– Ja może zadzwonię i zarezerwuję miejsce na kolację? Nigdy nic nie wiadomo – powiedział, kiedy ja z nienasyceniem łapałam kolejne kadry zachodzącego słońca.
– Tak, tak. Koniecznie.
Już tydzień wcześniej, kiedy cieszyliśmy się powolnym niedzielnym świtem, opracowaliśmy plan gdzie aperitivo i gdzie kolacja pierwszego dnia naszej wyprawy. Przestudiowaliśmy menu, ceny, opinie innych, więc przekonani byliśmy, że na miejscu nie będziemy musieli już niczego szukać. Nie przewidzieliśmy tylko jednego…
– Nie ma miejsc? Nawet później? Jesteśmy tylko we dwoje… – głos w słuchawce potwierdził raz jeszcze, że w życiu, że zapomnij i tak oto nasz gastronomiczny plan w jednej chwili zachwiał się w posadach.
– Przejdźmy i zobaczmy co tu jeszcze jest, najwyżej zjemy tam, gdzie nam się mniej podobało.
Talamone jest maleńkie, obeszliśmy je w 15 minut i tym samym mieliśmy już czarno na białym, że Vicolo było jedyną czynną w miasteczku restauracją.
– Jak wszystko inne zamknięte, to nic dziwnego, że nas nie przyjęli. Ale wiesz co? Podejdźmy tam osobiście i będziemy udawać, że przechodzimy przypadkiem, patrząc na człowieka trudno mu odmówić.
– Dobry pomysł! To ty będziesz mówić! – zaśmiał się.
– Zależy kto nas przywita, jeśli kobieta to ty, jak mężczyzna to ja, a swoją drogą wystawiasz na próbę mój urok osobisty. Jeśli i tak nas odprawią z kwitkiem, to zwątpię w siebie – zażartowałam.
Chwilę potem zostaliśmy odprawieni z niczym.
– Póki co chodźmy do baru na aperitivo, a potem się coś wymyśli.
Jak dobrze, że nikt się nie denerwuje – pomyślałam, jak dobrze, że nikt nie ma ciśnienia, że wszystko robimy z uśmiechem, wciąż zadziwia mnie, że to jest naprawdę możliwe…
Chwilę póżniej siedzieliśmy już w portowym barze przy naszym wyczekanym prosecco.
– Wiesz co? Tak mi jakoś dziwnie widząc, że w notatkach google i planach podróżniczych ostatni cel został zrealizowany, nieswojo mi bez nowego, konkretnego planu.
I tak oto całe aperitivo minęło nam na rozpisywaniu detali na czerwcową i wrześniową podróż. Zupełnie „niechcący” narodził się też plan na jeszcze jedną podróż – bo to przecież grzech nie jeździć teraz, jeśli można tak pięknie oszczędzać na noclegach!
Aperitivo i rozpisanie podróżniczych planów wprowadziło nas w jeszcze większą euforię. Szczęśliwie też, za radą barmanki udało nam się znaleźć miejsce na kolację w sąsiedniej Fonteblanda.
– Wiesz co… Jestem głodny, ale szczerze mówiąc nie mogę się doczekać, kiedy już się ułożymy do snu!
– Ja też! Ja też! – zawtórowałam.
Byliśmy jak para dzieciaków, która zbudowała sobie „bazę” i teraz chce się tylko w niej bawić.
Zachód i wschód
Po kolacji wróciliśmy na nasz taras widokowy. Na miejscu rozpalonego słońca pojawił się rogalik księżyca. Ustawiliśmy się przednią szybą do morza, żeby takim widokiem przywitać nowy dzień.
Byliśmy przekonani, że naszą euforię przyćmi zimno albo ból kręgosłupa, tymczasem wszystko było idealne. IDEALNE. Nie było nawet potrzeby wyciągania termicznej bielizny, a przesunięcie przednich foteli pozwoliło zyskać kilka centymetrów i nawet najwyżsi mogli spokojnie wyciągnąć się, jak należy.
Obudzić się w takim miejscu i w ogóle w takich, a nie innych okolicznościach przyrody było chyba jednym z najpiękniejszych poranków mojego życia.
Wylegliśmy z auta, kiedy już dniało. Róż i błękit malowały horyzont ręką Moneta. Kolejne kadry i kolejne, bo każda sekunda wydawała się wyjątkowa.
On wrócił do auta, a ja pognałam jeszcze wyżej pod zamek, żeby ten sam kadr uchwycić z innej perspektywy…
– O Gesù! – wyrwało mi się mimo woli, kiedy obróciłam się o 180 stopni.
Za moimi, za naszymi plecami słońce wyłaniało się z morza. Okazało się, że są w Italii miejsca, w których można podziwiać zarówno wschód jak i zachód nadmorskiego słońca. Talamone, zatoka i cypel z Monte Argentario… Wystrzeliłam jak z procy i zaraz otworzyłam drzwi „G”:
– Szybko! Chodź!
Nie pytając o nic, ruszył biegiem za mną.
– Patrz!!!!!
– O Gesù! Che bello…
– Posiedźmy tu chwilę… <3
Talamone
Byłam w Talamone tylko raz – to było w lipcu 2010 roku, inne życie, inna epoka, inna ja, inne wszystko. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział…
Talamone to małe miasteczko już na samej końcówce Toskanii, które jest punktem granicznym Parco della Maremma, na południe od niego rozciąga się na cyplu Monte Argentario. Po środku znajduje się pas piaszczystych plaż – jedne z najprzyjemniejszych w Toskanii.
Talamone ma niewielką marinę i maleńką plażę, ponadto znajduje się tu średniowieczny zamek z czasów panowania Aldobrandeschi. Miejsce to było jednak zamieszkałe już przez Etrusków, a potem przez Rzymian. Dziś jest piękną – nieco mniej znaną – perłą nadmorskiej Toskanii, która zadziornie przycupnęła na skalistym cyplu i pozwala cieszyć się spektaklem zarówno wschodu jak i zachodu słońca.
CDN…



2 komentarze
Tak szczerze! Brak słów! PIĘKNIE!!!
Cudownie!🤩
Zazdroszczę tych kadrów!
Czy rysuje się już na horyzoncie również nowy Nikon?