Kubek
Nim dotarłam do Sieny i wyruszyłam moją Via Francigena, najpierw była przesiadka we Florencji, a w czasie tej przesiadki miało miejsce krótkie spotkanie z dobrymi duszami, z którymi widzieć się miałam na dłużej dwa dni wcześniej, ale wszystkie plany pokrzyżował strajk pociągów.
Skończyło się zatem na ekspresowym spotkaniu, króciutkiej rozmowie i tyle… Z tego spotkania mam też, poza samym wspomnieniem, bardzo uroczą pamiątkę, która potem wędrowała w moim plecaku razem ze mną.
Kiedy kilka dni wcześniej napisałam sentymentalny tekst o makach, H. nie wiedzieć czemu bardzo się z tego wpisu ucieszyła.
Jej radość wyjaśniła się, kiedy przed Santa Maria Novella wyciągnęłam szczelnie zapakowane zawiniątko.
– Piękny!
– I maki są! – H. była rozemocjonowana jak dziecko – rozumiesz już dlaczego tak się wtedy ucieszyłam?
– Tylko jak ja go teraz schowam, żeby przetrwał podróż?
Otworzyłam plecak i wyciągnęłam z niego zwiniętą w rulon wyjściową, czerwoną sukienkę. Opatuliłam z nabożnością podarek i schowałam do plecaka.
– Tylko jak wieczorem będziesz wypakowywać rzeczy, to pamiętaj o nim – przestrzegała H.
Oczywiście nie pamiętałam, ale na szczęście wypakowywałam rzeczy na łóżku, więc wszystko się dobrze skończyło. Kubek podróżnik przyleciał ze Szkocji, powędrował ze mną przez całe 78 kilometrów, a potem dotarł do Biforco i służy pięknie do picia moich najróżniejszych „kwiatków”.
Takie gesty wzruszają mnie do „guli w gardle”, ktoś kupuje kubek, ktoś inny przysyła mi kijki, żeby mnie trekking nie wykończył, ktoś jeszcze dba o moje stopy i dostaję najróżniejsze skarpetki, również ręcznie wydziergane, a jedna z uczennic przysyła makijażowo kosmetyczną niespodziankę. Na pewno nie wymieniłam wszystkich, ograniczyłam się do tych z minionych dwóch miesięcy, bo to zwyczajnie nie sposób, więc tych, których pominęłam bardzo przepraszam! Rozczulają mnie gesty, które są myślą o mnie, troską o mnie, potrzebą sprawienia mi radości.
Oczywiście po każdej takiej niespodziance włącza się z tyłu głowy cichutka myśl – czy ja na to na pewno zasłużyłam?
Jeszcze jedna pasja Mikołaja
Kiedy Mikołaj jest w domu – co nawiasem mówiąc nie jest ostatnio takie częste – czas wypełnia mu albo granie na gitarze albo rzeźbienie w drewnie. Na punkcie tego drewna ma takie fiksum dyrdum, jak ja na punkcie chodzenia czy pisania.
Wszędzie poniewierają się wióry, wszędzie pieńki, gałęzie, nożyki, heblarki, łyżki, dłutka i jeszcze raz wióry i wiórki… Od rzeczy praktycznych – półka na narzędzia, łyżka, czy kij dla Mario, wyżywa się też artystycznie. Taki mój mały duży Geppetto.
Gorączka czerwcowej, sobotniej nocy
– Kasia co ty byś bez nas zrobiła? – pyta się kolejny raz Gabriella i zaśmiewa serdecznie. Wszystkie się śmiejemy, bo znów któraś powiedziała coś głupiego. Średnia wieku w naszej grupie to takie mocne 50+, ale śmiejemy się jakbyśmy miały po 15 lat.
– Ja sobie w ogóle nie wyobrażam jak ja mogłam żyć bez was! Rozpacz totalna!
Kończymy pizzę, na deser dopychamy się słodką ciambellą, a na koniec popijamy wszystko Amaro del Capo. O 23.00 wychodzimy na tańce. O tej porze roku imprezy przeniosły się pod gołe niebo i teraz zamiast w klubie pod teatrem wywijamy piruety na scenie przy basenie. Marradi już żyje wakacyjnym rytmem – basen, supermarket otwarty też w niedzielę, a impreza pogania imprezę.
Przejrzałam zdjęcia z wczorajszego wieczoru, żadne nie nadaje się do publikacji. Wszystko zostaje off the Record… Wszystko to jest częścią opisywanej wczoraj suplementacji duszy.
Grazie ragazze!



Jeden komentarz
Ooooo! Tak strasznie się cieszę ❤️❤️❤️ Dopiero dzisiaj nadrabiam zaległe wpisy. Jak cudownie!
Kocham Kasię 😄🥰❤️