Stres
Grinch nie tylko się mnie uczepił, ale wżarł mi się pod skórę, jest jak kleszcz, którego nie wiem jak wyciągnąć, bo jest już za głęboko. Poza wszystkim dobrym, poza niektórymi marzeniami, które się pięknie realizują, jest też ogrom stresu, z którym momentami radzę sobie nieco gorzej. No dobrze… Nie radzę sobie w ogóle.
Wielkimi krokami zbliża się „sądny” dzień – w dosłownym znaczeniu tego słowa, a mnie na samą myśl, żołądek staje dęba. I nawet jeśli będzie to zamknięcie rozdziału, który powinien był być zamknięty już dawno, to jednak epitet – „sądny” – przyprawia mnie o dreszcze.
Poza tym wróciły niektóre zmory Lucy i trwanie na posterunku jako matka i ojciec w jednej postaci, jako kolumna podporowa, jako psycholog, doradca, spowiednik i w końcu jako przysłowiowy wentyl do spuszczenia powietrza bywa tak trudne, że momentami brak mi tchu.
Napawa też lękiem fakt, czy decyzja podjęta odnośnie mojej działalności i pracy jest tą dobrą, ale o tym przekonam się dopiero z czasem. Czuję się trochę jakbym bez grosza przy duszy szła grać do kasyna o moje być albo nie być…
Nagromadziło się tego troszkę…
Wdech wydech, wdech wydech…
Dobre rzeczy
Do kolacji siadamy we troje. Kuchnię wypełnia spokój, ciepło i zapach risotto. To jedna z tych chwil, do której mówi się w duszy „trwaj jak najdłużej”. Środowy wieczór jest jedną z najmilszych chwil w tym tygodniu.
Mikołaj przyniósł do domu torbę mięsa, w tym mózg dla Lucy, bo jak samo ocenił – ona lubi dziwactwa. Poza tym żeberka, „bistekkine” i świeżą kiełbasę. Kiełbasę zjadłyśmy z Lucy na obiad wraz z pachnącymi czosnkiem i rozmarynem pieczonymi ziemniakami.
Ustaliłyśmy też wstępne menu na święta, modyfikując je w tym roku znacznie. Grincha na chwilę przydeptałam, żeby siedział cicho.
– Do sałatki jarzynowej nie mamy pietruszki.
– Oj…
– Zrobimy bez.
– Jasne, poza tym mi jest i tak wszystko jedno, bo ja jej nie jem, nie lubię.
– Ja też nie lubię, więc w sumie po co ją mamy robić? Trzeba tylko uzgodnić to z Mikołajem, może jemu na sałatce zależy. On na pewno zrobi śledziową z porem i pomarańczą, to jego ulubiona.
– Rybę usmażymy?
– Oczywiście. Możemy nawet dwa rodzaje kupić. A ciasto? Mamy panettone, będą pierniczki i upieczemy sernik. Wystarczy.
– A w Natale na obiad?
– Może ten kurczak, co go robisz z jabłkami?
– Nie, nie zabrałam moich przypraw.
– To roast beef?
– Bo ja wiem…
– To jeszcze pomyślimy.
***
Schyłek tego roku jest dziwny. Rozedrgany, rozchybotany, emocjonalnie jak najbardziej pokręcony rollercoaster świata. Nic tylko zapiąć pasy i dobrze się trzymać.
Dobrego wieczoru!



7 komentarzy
A gdzie Mario w tych planach? Nie wspominasz o nim ostatnio.
Też o nim myślę ..
Mi tez brakuje Maria
Hmmmm, śledziowa z porem i pomarańczą, brzmi smakowicie… jakieś konkrety? Pozdrawiam. Hanka
Bardzo proszę:) : https://kuchniawkamiennymdomu.blogspot.com/2017/09/saatka-z-pora-pomaranczy-i-wedzonego.html
Dzięki. Do zrobienia. Hanka
Nie martw się sądnym dniem 🙂
Piotrek