Przedziwne koleje losu
Z Lozzole to jest w ogóle przedziwna sprawa. Po raz pierwszy trafiłam tam latem 2013 roku w wigilię moich urodzin. Na dniach miała być podjęta decyzja odnośnie naszego być albo nie być w Marradi. Kiedy oczarowana stanęłam przed kamiennym kościołem wyszedł nas powitać kustosz – samozwańczy kustosz, czyli człowiek, który się tym miejscem sam z siebie opiekował i prze okazji tam mieszkał. Porozmawialiśmy chwilę, po czym mężczyzna zaproponował:
– Chcesz zadzwonić dzwonami na Lozzole? Mają moc spełniania marzeń…
Po takich słowach nie trzeba mnie było dwa razy namawiać. Oczywiście nie twierdzę, że zamieszkałam w Marradi, dlatego, że pociągnęłam za zaczarowane sznury, to byłoby za proste. Spełnienie marzeń wymaga poświęceń, pracy, cierpliwości, wytrwałości i czasu… Trzeba jednak przyznać, że już kilkanaście dni po tamtym zdarzeniu klamka zapadła i zamieszkanie w Italii stało się faktem.
Przez te wszystkie lata wracałam na Lozzole wiele razy, tak jak już nie raz wspominałam – szlak, który prowadzi do opuszczonej osady jest niezmiennie jednym z moich ulubionych. Bywałam tam z rodziną, z przyjaciółmi, przyjaciółkami, ze znajomymi, z turystami, uczniami i uczennicami… W czasie ostatnich 12 miesięcy byłam tam trzy razy – na zeszłorocznej sylwestrowej wyprawie rodzinnej (po raz ostatni w takim składzie), potem z przyjaciółkami po raz pierwszy na trekkingu, który był odmianą od naszych tańców i aperitivo i w końcu w minioną niedzielę… I to ostatnie bycie tam było największym zaskoczeniem, nieprawdopodobieństwem, surrealistyczną wizją, wielkim, przeogromnym wręcz marzeniem.
Kolejny raz nie mogłam się nadziwić jak to się w życiu przedziwnie plecie. Patrzyłam z tego samego miejsca, w którym zrobiła mi zdjęcie Maria, na kościół San Bartolomeo i zaklinałam w duchu już bez dźwięku dzwonów, tylko w głuchej ciszy Apeninów – niech się dalej spełnia…
Podganianie
Lucy przyjechała i w końcu zrobiłyśmy ciasto na pierniczki. Właściwie to ona zrobiła, ja tylko co jakiś czas mieszałam i przesiewałam. To jest pierwszy świąteczny sukces tegorocznego Grincha – tak w tym roku jestem Grinchem.
Poza tym złożyłam reklamację do znanego sklepu, który wypiął się na mnie z jednym prezentem i na szybko ratowałam się amazonem – jeśli ten też się na mnie wypnie, to klops.
Mikołaj asystował dziś po raz pierwszy w życiu w sprawianiu świniaka – oczywiście pod okiem ojca Cateriny. Rano na stole znalazłam od niego kartkę, żeby nie szykować mu obiadu na wynos: „Nie idzie do pracy, obrabia świniaka„. Potem do południa zarzucał mnie zdjęciami z placu boju i wiadomościami, a wiadomo – Mikołaj pisze tylko na okoliczność okazji szczególnych albo żeby mu doładować telefon. Nasza korespondencja wieje chyba trochę Bareją…
M: „Ma mózg. Weźmie. Malutki, ale ma.”
Ja: „Ja nie umiem robić i nie przepadam. Ale jak chce, to niech weźmie i sam zrobi. Może niech weźmie pancettę albo coppę to upieczemy na święta”.
M: „A może kości na święta? Na jakiś rosół czy coś?”
Zdjęć z placu boju nie będzie. Nadal natomiast jestem winna zdjęcia trąbki. Dodam, obiecuję.
A teraz idę sama siebie pogonić do pisania książki… Tik tok tik tok… czas się jakoś przedziwnie skrócił.



2 komentarze
Mmmmm… bekonik… i dużo wody, kranówy… CaFe BiBa!
😂😂😂