Siena, Monteriggioni i "wyspa"
Kiedy po szaleństwie sylwestrowej nocy otworzyliśmy oczy, za oknem już dniało.
– O matko! Która to godzina?
Było dopiero przed ósmą, co pewnie dla wielu – zwłaszcza 1 stycznia – było środkiem nocy, jednak dla rannych ptaszków taka pora, to już najwyższa pora, żeby być w gotowości do działania.
Tak czy inaczej bez pośpiechu, na spokojnie, bo to „na spokojnie” towarzyszyło nam przez całe trzy dni, zjedliśmy śniadanie, uporządkowaliśmy lokum, spakowaliśmy nasze fanty i przed 10.00 byliśmy już w… Sienie!
Miasto było wyludnione. Niebo zgubiło lazur poprzedniego dnia, ale tak czy inaczej nawet w gołębich szarościach zachwycało urodą. Siena jest piękna. Kropka.
I w ten noworoczny poranek dla mnie była piękna szczególnie.
Wypiliśmy w barze kawę pospacerowaliśmy wąskimi, ceglanymi uliczkami i ruszyliśmy dalej, do Monteriggioni…
W Monteriggioni panował nieco większy ruch niż w Sienie, choć może to tylko takie nasze wrażenie, bo przy całej swojej mikroskopijności, 10 osób w tym miejscu to już tłum.
Znów przeszliśmy wąskimi uliczkami przystając przy kamiennych domach, analizując kompozycję kamieni, różnorodność ich kolorów i faktur, śledząc zmiany, które zachodziły wraz z upływem wieków – tu zamurowane drzwi, tam fragment arkady… Hasło „Kamienny Dom” też nabrało teraz jeszcze większego znaczenia i myślę, że zawsze już będzie mi się kojarzyć z jedną z bram Montreriggioni.
Z Monteriggioni pojechaliśmy do Abbadia dell’Isola. Wypatrzyłam tę nazwę na tabliczce przy drodze i zaraz skojarzyłam ją z jednym z rozdziałów mojej książki.
– Zrobiłabym kilka zdjęć…
To maleńkie borgo już w średniowieczu było ważnym przystankiem pielgrzymów wędrujących Via Francigena. Zatrzymał się tu w X wieku sam Sigerico – arcybiskup Canterbury.
Nazwa isola – czyli wyspa, wzięła się od wyjątkowego położenia świątyni, która dawniej otoczona była wodą i bagniskami.
Sercem borgo, które zachowało część średniowiecznych murów jest romańska, trzynawowa świątynia wraz z szerokim dziedzińcem.
Wykopaliska archeologiczne z ostatnich lat odsłoniły wiele ciekawostek tego miejsca – między innymi fragment pierwotnych arkad, bazę dzwonnicy i miejsce pochówku.
W Abbadia dell”Isola oprócz nas była tylko grupka dzieci. Na ławeczce przed kościołem siedziały dwie dziewczynki, z których jedna trzymała na kolanach rudego, upasionego kota, a druga co jakiś czas beształa ganiających za piłką chłopców, żeby uważali na zwierzaka.
Przeszliśmy każdym możliwym zaułkiem, zajrzeliśmy do wnętrza świątyni i ruszyliśmy dalej. Powoli nadchodziła pora obiadu…
Castellina in Chianti i Castello Montegrossi
– Castellina in Chianti.
– Stajemy na obiad?
Zanim znaleźliśmy miejsce do parkowania, zatoczyliśmy dwie rundki wokół miasteczka i szczerze mówiąc przez chwilę myślałam, że pojedziemy szukać gastronomicznego szczęścia dalej, bo żadne z nas na widok toskańskiej mieściny nie wybuchło szczególnym entuzjazmem. Ot miasteczko w Chianti jakich wiele… Nie żeby człowiek był zmanierowany, ale jakoś niczym szczególnym na pierwszy rzut oka nie ujęło.
Kiedy jednak zapuściliśmy się w wąskie uliczki bez specjalnych oczekiwań, nie mogliśmy wyjść z podziwu, że miejsce pozornie zwyczajne, zaskoczyło nas urokliwością i – jak się chwilę później okazało – gościnnością, ciepłem i smakami tutejszej trattorii.
Och jak nam było dobrze przy kieliszeczku chianti, przy smakowitym tagliere…
Po obiedzie przeszliśmy jeszcze dwa kroki i ruszyliśmy w dalszą drogę wybierając tym razem na mapie kierunek Loro Ciuffenna.
Nim jednak dotarliśmy do ostatniego celu, na jednym ze wzgórz zamajaczyły ruiny zamku. I tu wystarczyło jedno spojrzenie – porozumienie bez słów, żeby chwilę potem zostawić auto na boku drogi i przedzierać się przez chaszcze nieoznaczonego szlaku, aby za wszelką cenę dotknąć kamiennych murów.
Montegrossi – tak nazywał się zamek, czy też to, co z niego zostało. Wcisnęliśmy się w każdą szczelinę, zajrzeliśmy w każdą szparę, przez chwilę byliśmy jak dwoje nastoletnich urwisów z powieści dla młodzieży i ten nieplanowany przystanek był trochę wisienką na torcie pierwszego dnia 2026 roku. Z drugiej strony po cichu muszę przyznać, że tak naprawdę noworoczny „tort” cały zrobiony był z wisienek.
Gdyby od nas zależało – ten dzień mógłby się nigdy nie skończyć, ale jak wszystko i ta podróż dobiegła końca. Pierwszy dzień nowego roku pożegnał się z nami w wielkim stylu, zapłonął słońcem, niebem żarzącym się ukłonił, dał z siebie to, co najlepsze, wytatuował się na duszy…
Wieczorem kładłam się spać życząc sobie z całych sił – żeby było tak, jak mówią – jaki 1 stycznia, taki cały rok.
Niech się spełni!



3 komentarze
Niech się spełni !!! A zdjęcia , jak wszystkie Twoje Kasiu , do delektowania się !
Ciągle umiesz się zachwycać🥰 to jest przyciągające. Pozdrawiam
Wspaniale było oglądać te miejsca w „zimowej” szacie, przywołały tyle wspomnień,dziękuję!