Bobas i Matura
Jaki on był o świcie zestresowany! W życiu nie widziałam Mikołaja tak przejętego. Przy egzaminie na koniec scuola media był zrelaksowany maksymalnie, przy certyfikatach językowych też, stres dokuczał mu przy egzaminie na prawo jazdy w styczniu, a dziś rano dopadł go z taką intensywnością, że aż mi go było szkoda! Jadł śniadanie przy otwartym zeszycie z notatkami z literatury włoskiej, a potem spakował zapas wody na sześć godzin – tyle trwa pisemna matura z włoskiego i ruszył do Faenzy.
Jutro zmierzy się z pisemnym angielskim, a w przyszłym tygodniu ostatni etap – egzamin ustny z kilku przedmiotów.
Ja niestety ani dziś ani jutro nie mogę stać przed szkołą, ale w przyszłym tygodniu mam zamiar odwołać część lekcji i stać pod drzwiami, jak na matkę wariatkę przystało, kiedy Mikołaj przed komisją będzie zdawał egzamin ustny..
Siena na deser
Stres tego tygodnia – dla mnie samej – zaczął się już we wtorek. Rankiem, kiedy Apeniny tonęły w deszczu, przebijaliśmy się z Najmłodszym do serca Chianti, żeby spotkać się z naszą czarującą Młodą Parą.
Kiedy już podpisaliśmy w gminie dokumenty, kiedy ja złożyłam podpis pod tekstem przysięgi na tłumacza ceremonii, kiedy obejrzeliśmy średniowieczny zamek, ustaliliśmy gdzie ma kto stać, siedzieć, skąd wyjść, co i jak fotografować, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej na południe. Już wcześniej umyśliłam sobie, że skoro tak daleko się wyprawiliśmy, to warto z bycia w takim miejscu skorzystać maksymalnie. Pociągnęliśmy więc za sobą resztę rodziny i w ten oto sposób w porze obiadu spotkaliśmy się w Sienie przy stole z widokiem na olśniewające centrum miasta…
O miastach ulubionych
Przez tyle lat Świta nigdy do Sieny nie zawitała, choć miasto to przez lata było zawsze na wakacyjnej liście. Powinnam powiedzieć tak nieskromnie, że to wszystko wina Marradi, bo jak już się tu zawita, to tak się wszystkim robi błogo, że naprawdę niewiele do szczęścia wystarczy i nie chce się ruszać na dalekie wojaże.
Wtorek dodatkowo był dniem idealnym na zwiedzanie. Po porannych deszczach temperatura zrobiła się znośna dla wszystkich i można było snuć się wąskimi, ceglastymi uliczkami bez wyciskania z siebie siódmych potów, a do tego nawet turystów tym razem nie było aż tak dużo, więc Mama i Świta idąc za ciosem przekroczyła nawet próg katedry.
Przez chwilę zostałam wczoraj nawet sama i zrobiłam sobie z Nikonem krótki spacer sentymentalno fotograficzny.
Powróciły w głowie wspomnienia całkiem bliskie – jak to sprzed kilku tygodni, kiedy wraz z Asią ze słynnego placu Il Campo wyruszałyśmy w naszą Via Francigena, jak i te bardzo bardzo dalekie…
W 2008 po raz pierwszy zawitałam do Sieny, która skradła mi serce od pierwszego wejrzenia. Z tamtego letniego poranka pamiętam wspaniały duet, który grał swój spektakl na wspomnianym placu – Światło i Cień…
To nie Florencja była moją pierwszą miłością wśród włoskich miast, ale właśnie Siena. Do tej pory bardzo lubię tu wracać…
Zapraszam przy okazji jeszcze raz na instagramowy profil Domu z Kamienia, na którym znajdziecie trochę więcej rodzinnej prywaty.
Pięknego dnia!



Jeden komentarz
Oj, Siena ❤️ mam wrażenie że to było tak dawno, może dlatego że tyle rzeczy się dzieje to czas jakoś inaczej upływa