Bez lukrowania
Grande Traversata Elbana nie klepie po pleckach, nie częstuje w środku lasu truskawkami i naparem z ziół i kwiatów, nie mami cynamonowymi ciasteczkami, nie czeka z instagramowym transparentem, żeby nieborak wędrowiec mógł się pięknie w mediach lansować i pokazać jak to kolejny etap dzielnie pokonał, nie daje na każdym rogu pieczątek „dzielny viandante„, nie ułatwia życia…
Grande Traversata Elbana wyciska ostatni pot, wygina kostki, nadwyręża kolana, przyprawia o zawrót głowy, momentami napawa lękiem, kaleczy kolana, łamie paznokcie, wbija jeżynowe kolce w skórę, oszukuje tabliczkami informacyjnymi, bawi się w ciuciubabkę, drwi sobie z prognoz pogody. Jest krnąbrna, zadziorna i… piękna!
Grande Traversata Elbana – trasa trekkingowa, która przecina wyspę trawersując ze wschodu na zachód lub na odwrót – jak kto woli. GTE – jak brzmi oficjalny skrót – chodziła za mną od dawna, podobnie jak Via degli Dei czy Via Vandelli , więc kiedy Olga w zeszłym roku rzuciła pomysł uczczenia pierwszych dziesięciu lat naszej znajomości wspólnym cammino, zaraz na myśl przyszła mi właśnie Elba. Żadna z nas wcześniej nie była na największej toskańskiej wyspie…
Elba - wieli sukces, wielki trud - wstęp do dłuższej opowieści
O tym jak przebiegała nasza wyprawa napiszę więcej w kolejnych dniach – więcej, ale też nie wszystko, bo jak wiadomo – to moje tegoroczne wędrowanie jest zbieraniem materiałów do książki.
Będę bajać o Elbie, o lęku, o pocie, o śmiechu, o nocnej kąpieli w morzu, o wolności, o swobodzie, o jedzeniu, o winie, o kobietach w pewnym bardzo przyjemnym wieku, o plecakach, o huśtawkach, o kilometrach, o słońcu i o deszczu, będę bajać i bajać aż nastaną pewnie kasztanowe niedziele, a tymczasem witam się z Wami powyprawowo i dziękuję wszystkim tym, którzy śledzili moje relacje i wiernie nam kibicowali.
Udało nam się z Olgą przejść całą GTE, która w naszym przypadku miała prawie 80 km i blisko 4.000 m przewyższenia. Wypociłyśmy z siebie razem hektolitry potu, razem się śmiałyśmy, razem bałyśmy, razem wyklinałyśmy, razem mokłyśmy, kąpałyśmy się w morzu, sapałyśmy, piłyśmy piwo i wino, w słońcu, w deszczu, z zachodami i wschodami słońca, z chmurami i wiatrem, z zapachem rozmarynu i mirtu, a wszystko to w otulinie lazurowego morza – w sercu toskańskiego archipelagu.
Zapraszam Was na dłuższą opowieść.
Pięknego wieczoru!



5 komentarzy
Brzmi dobrze! Hanka
🙂
Jesteście wielkie : )
Brawo! Mnie Ściezka Bogów w lipcu pokonała mentalnie,choć ja pokonałam ją fizycznie…:)
Gratuluję, kolejna piękna wyprawa w Twojej kolekcji i na pewno nie ostatnia. Pozdrawiam serdecznie.