Początek
Dotarłyśmy na Elbę do Cavo przed zachodem słońca ostatniego dnia lata… Miałyśmy za sobą długą podróż – najpierw autem, potem czterema różnymi pociągami i na koniec promem z Piombino już do celu.
Zameldowałyśmy się w hotelu, wskoczyłyśmy w kostiumy kąpielowe i szczęśliwe poszłyśmy na plażę, żeby przywitać się z morzem i pierwszy raz w tym roku – przynajmniej jeśli chodzi o mnie – zanurzyć się w nim po uszy. Ba! Nawet po czubek głowy! Było to wyjątkowe, niemal symboliczne zakończenie lata.
Potem była kolacja – jak na koniec wyprawy oceniłyśmy – najsmaczniejsza z całego naszego wędrowania. Po kolacji przyszedł czas na drobne hulanki i tak plac zabaw w Covo przez chwilę był cały nasz.
(Zdjęcia z tej części naszych elbańskich szaleństw można znaleźć na moim instagramowym profilu).
I etap GTE - w kilku słowach
Na pierwszy dzień naszej wyprawy zapowiadano burze i deszcze od godziny piętnastej, później już od siedemnastej, a zatem nauczona doświadczeniem wiedziałam, że musimy wyruszyć jak najwcześniej i znów – tak jak w czasie Via Vandelli – poprosić hotel o wcześniejsze śniadanie.
O poranku przywitał nas wschód słońca godny Oskara. Zjawisko chyba niecodzienne nawet na wyspie, bo nie tylko my wybiegłyśmy z hotelu, żeby uwiecznić ten spektakl, ale również część personelu.
Poza ogniem, który rozlewał się na niebie, galopowały też ołowiane, złowrogie chmury. Po kilku krokach wzdłuż promenady, skręciłyśmy w lewo i zaraz znalazłyśmy się na właściwym szlaku.
Mijałyśmy kipiące fuksją bugenwille, piniowe gaje i wspinałyśmy się coraz wyżej i wyżej, aż wzbiłyśmy się ponad Cavo i otulił nas zapach rozmarynu. W żadnym innym miejscu nie widziałam czegoś podobnego. Przez dłuższy odcinek po jednej i drugiej stronie szlaku były tylko obsypane kwiatami lila róż pachnące intensywnie krzaki rosmarino.
Ołowiane chmury przewalały się wciąż nad naszymi głowami, ale dzielnie powstrzymywały od deszczu. Pokropiło dosłownie przez kilka chwil i w kwestii zawirowań pogodowych to było na tyle.
Rozmaryn i corbezzolo, corbezzolo i rozmaryn… Aż dotarłyśmy na Monte Grosso i wyłoniła się przed nami pierwsza panorama zapierająca dech. W oddali majaczyło Portoferraio, nieco bliżej zadziornie na skale ruiny fortecy Volterraio, na lewo Monte Strega, a na samym końcu jak samotna góra Monte Capanne, na którą miałyśmy dotrzeć dwa dni później.
Mimo chmur było ciepło, wręcz tropikalnie, tylko wicher na graniach i szczytach hulał jak głupi. Szlak wiódł przez chwilę „gzymsikami”, a potem znów osunął się w dół, żeby potem wspiąć się do góry. Tego dnia zrobiłyśmy ponad tysiąc metrów przewyższenia i w sumie pokonałyśmy 29 kilometrów. Najwyższym punktem była Cima del Monte.
Przed ostatnim tego dnia podejściem zatrzymałyśmy się na krótkie wzmocnienie. Tak naprawdę pokpiłyśmy sprawę i musiałyśmy zadowolić się resztkami schiacciaty z dnia poprzedniego. O świcie w Cavo wszystko było jeszcze zamknięte, a nie pomyślałyśmy, żeby o prowiant poprosić hotel. Tak czy inaczej nieco ukiszoną kanapkę zjadłyśmy z apetytem, wspięłyśmy się na Cima del Monte, a potem powoli powoli zaczęłyśmy zsuwać się na południowy brzeg wyspy do Porto Azzurro. Niebo się niemal całkiem wypogodziło i kiedy dotarłyśmy do jego przedmieści, na świecie znów zapanowało prawdziwe lato, a był to już pierwszy oficjalny dzień jesieni.
Zatrzymałyśmy się w pierwszym napotkanym barze, żeby uzupełnić płyny, cukry i wszystko inne i zaraz dalej asfaltem dotelepałyśmy się do Capoliveri, gdzie miałyśmy zarezerwowany drugi nocleg.
Bałyśmy się czy zdążymy przed burzą, a tymczasem znów czekało nas miłe i pełne relaksu popołudnie na plaży. Zameldowałyśmy się w hotelu, gdzie dowcipny recepcjonista powitał nas słowami: „jaka rezerwacja? Mamy komplet!”, szybko odgruzowałyśmy się z tony potu i kurzu, wskoczyłyśmy w kostiumy kąpielowe i przez resztę dnia cieszyłyśmy się elbańską plażą.
Burza nadeszła dopiero w nocy…
CDN…
Ps. Zdjęcia z wyprawy są marnej jakości. Mój wierny Nikon powoli odmawia posłuszeństwa i niestety miał też lekcję przetrwania na szlaku. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wzbogacić o nowy aparat, który jest jednak jednym z podstawowych narzędzi mojej pracy.
W tym na pewno pomagają Wasze kawy, za które z serca dziękuję.
DZIEŃ 1 – tradycyjna rolka.



Jeden komentarz
A może założysz Kasiu stronkę ze zrzutką na nowy aparat foto? Przecież my uwielbiamy Twoje zdjęcia! A im lepsza ich jakość, tym nam się milej ogląda. Całuję 😘 H.