Jeszcze raz w drodze
Planowałam w zeszłym roku przejść więcej szlaków, ale jesień była tak wyboista, że zwyczajnie trudno było znaleźć na wszystko przestrzeń. Teraz staram się nadrobić na ile się da i pracuję intensywnie zarówno przebierając nogami, jak też stukając palcami w klawiaturę. Każdą wolną chwilę przeznaczam albo na marsz albo na pisanie albo… na łamanie kluczy, co też potem – jak widać na załączonym wczorajszym obrazku – przeradza się w chodzenie.
W tym tygodniu na trekking udało mi się nawet wygospodarować cały dzień i tym sposobem mogłam zmierzyć się na początek z jednym etapem Cammino di San Jacopo, które nazywane jest toskańskim „Santiago” i które od dawna jest moim marzeniem – mam na myśli właśnie toskański szlak. Łączy on bowiem moje dwa ukochane miasta – Florencję i Livorno.
A skąd wziął się przydomek „Santiago”?
Pistoia - La Santiago Minor
Pistoia, która kończy drugi etap cammino nazywana jest małą Santiago. Miasto od wieków związane jest z kultem świętego Jakuba, a to dlatego, że w 1145 roku biskup Pistoi sprowadził z Santiago do swojego miasta relikwię – część czaszki świętego, która do dziś przechowywana jest w Cappella del Giudizio w relikwiarzu wykonanym przez samego Ghibertiego – złotnika, znanego przede wszystkim ze słynnej florenckiej Porta del Paradiso.
Już w średniowieczu pielgrzymi wędrujący do Rzymu oraz do Santiago bardzo lubili zatrzymywać się również w Pistoi, tak też narodził się przydomek: la Santiago Minor i dziś właśnie dlatego całe cammino nazywane jest toskańskim Santiago.
W Italii aktualnie wyświetlany jest film ze znanym włoskim aktorem Checco Zalone, opowiadający o wędrówce najsłynniejszym ze wszystkich szlaków, a co za tym idzie chyba właśnie rodzi nam się nowa moda – moda na piesze wędrowanie i na wyruszenie do Santiago.
Mnie osobiście ten właściwy szlak pociąga najmniej. Między innymi dlatego, że jest bardzo popularny, a wszelkie mody od zawsze mnie odstraszały. Poza tym moje wędrowanie nie ma absolutnie żadnego wydźwięku religijnego – duchowe tak, ale nie religijne. Cammino to moje bycie z naturą, z drogą, czasem z ludźmi, czasem z samą sobą i niezmiennie z własnymi myślami. To jest najpiękniejszy czas medytacji i refleksji.
Na placu Duomo w Pistoi stoi jedyny w całej Italii typowy dla najsłynniejszego na świecie szlaku “słupek”, na którym podana jest odległość od prawdziwego Santiago.
Na koniec warto wiedzieć, że w Pistoi za każdym razem, kiedy 25 lipca (dzień San Jacopo) wypada w niedzielę, obchodzony jest rok świętego Jakuba.
Z Pistoi do Montecatini
Cały toskański szlak świętego Jakuba ma ponad 170 kilometrów. Zaczyna się we Florencji i kończy w Livorno, gdzie można wsiąść na statek i popłynąć do Hiszpanii, aby dalej kontynuować swoją wędrówkę, tym razem już do prawdziwego Santiago.
Moim celem tym razem był trzeci etap San Jacopo, który bierze początek w Pistoi i kończy się w Pesci. To w sumie 30 km i prawie 900 m przewyższenia. Niestety ostatecznie musiałam nieco zweryfikować ten plan i ostatecznie dotarłam tylko do Montecatini (22 km), gdyż zimową porą roku przy krótkich dniach wyruszając z Pistoi po 9.00 niemożliwością jest dotarcie na miejsce przed zmrokiem – niemożliwością nawet dla mnie. Oczywiście biegiem można wszystko, ale w cammino na pewno nie o bieg chodzi. Byłam zadowolona z tych ponad dwudziestu kilometrów, ale o samej drodze i o tym jak znów spotkałam życzliwych ludzi, będę bajać już w książce.
Własność prywatna
Na koniec chciałam się podzielić tylko jedną ciekawostką, bo pewien drobiazg wyjątkowo chwycił mnie za serce. Szlak kilka kilometrów za Pistoią przechodzi przez prywatny teren – jest to rozległa, stara tenuta. Zaraz na wejściu na posiadłość została ustawiona oficjalna tabliczka firmowana Cammino San Jacopo, która informuje wędrowców o tym, że dzięki uprzejmości właścicieli mogą wędrować dalej. Prosi się tylko o zachowanie się w sposób cywilizowany: nie śmiecić, trzymać się szlaku i psy trzymać na smyczy. Właściciele nie tylko nie odgrodzili się od świata, ale wręcz proponują czasem zwiedzenie tutejszej kaplicy.
Kiedy stałam i czytałam to, co napisane było na tablicy, pomyślałam sobie o góralach z okolic Gubałówki, choć to było dawno, może już wszystko się zmieniło. Ja jednak lubię wierzyć w życzliwość ludzką.
Dobrego weekendu!
TRADYCYJNA ROLKA.


