Trochę bez celu
Tak naprawdę cel tej podróży w sensie geograficznym od początku był sprawą drugorzędną. Kwestią decyzyjną był wybór regionu, czy też kierunku i tu od razu bez cienia wątpliwości zdecydowaliśmy – Toskania, ale poza tym żadnych planów. Nie znaczy to oczywiście, że cel był całkiem nieważny… Myślę jednak, że kiedy w życiu czy w podróży odbiera się na tych samych falach, cele piszą się same, czasem bardzo przypadkiem i im bardziej są przypadkiem, tym większy jest ich urok.
Najpierw było Montefioralle – maleńka osada niecałe dwa kilometry od Greve in Chianti. Zatrzymaliśmy się tam z zamiarem znalezienia miejsca na obiad, ale średniowieczne borgo Montefioralle jest tak maleńkie, że po sezonie o jakimkolwiek gastronomicznym przybytku można zapomnieć. Kilka kroków, kilka kadrów i dalej w drogę.
Potem była Badia di Passignano, ale już tylko przelotem w nadziei na posiłek – i na nadziei się skończyło, a wyczekany posiłek ostatecznie zmaterializował się…. Ha! Nie pamiętam co to było za miasteczko! Bij zabij, nic a nic. Ale pamiętam doskonały tagliere i zacne wino.
30 grudnia ciąg dalszy...
San Gimignano nocą i San Gimignano w dzień, Volterra, polna droga wszystko to napisało się samo, czasem zupełnie przypadkiem.
Kwatera, tak jak wynikało ze zdjęć, okazała się perełką w sercu Chianti i dlatego też dwie kolacje upichciliśmy sobie we własnym zakresie, bo grzechem byłoby takie miejsce wykorzystać jedynie na sen.
Wieże San Gimignano w przeddzień ostatniego dnia roku oświetlone były w różnych kolorach. Podeszliśmy do studni stojącej na środku głównego placu i odwracając się do niej plecami wypowiedzieliśmy w duchu najskrytsze marzenie nasłuchując dźwięku spadającej monety. Przeszliśmy kilka kroków w blasku świątecznych świateł i zaraz zasiedliśmy przed barem obok Duomo na zimowe aperivo i było to najbardziej beztroskie aperitivo w moim życiu.
Ostatni dzień 2025 roku
31 grudnia słońce było tak ostre, że aż oczy bolały od patrzenia, ale lodowaty wiatr zapierał dech. Przez chwilę łudziliśmy się, że zimowy hulaka będzie dokazywał tylko w szczerym polu, ale szybko okazało się, że panoszył się w najlepsze również w wąskich uliczkach Volterry.
Tak czy inaczej było pięknie… Byłoby pięknie gdziekolwiek, czy w deszczu, czy w słońcu, czy przy zimnym wietrze.
***
Trochę skłamałam z tym totalnym brakiem planu. Jedno miejsce bardzo chcieliśmy zobaczyć i tak naprawdę zaplanowaliśmy je na sylwestrowy poranek. Jednak zimno jakie nas przywitało, chciał nie chciał, przymusiło do zmiany planów. Dlatego najpierw była Volterra, dlatego znów – tym razem za dnia wróciliśmy do San Gimignano, a dopiero potem, kiedy szron zniknął, dopisaliśmy kolejny punkt programu, który miał jednocześnie być skromnym rozdziałem do mojej książki.
CDN…
Pięknej soboty.



3 komentarze
Kasiu uwielbiam tagliere. Zawsze mi oczy wychodza na wierzch, kiedy deska landuje na stole. Ja wiem(teoretycznie) od czego zaczac na tej desce, a na czym skonczyc. Jako samozwancza rebeliantka , zaczynam od tego no co mi slinka leci. Oczywiscie ignoruje przewracanie galkami ocznymi moich wspoltowarzyszy przy stole:) Na koniec biesiady smiejemy sie wszyscy:)
To przez Ciebie niezapamietane miasteczko, to przypadkiem nie Valigondoli?
Serdecznosci
Nie, to na pewno nie było to 🙂 Musiałabym odtworzyć trasę na GPS. To miasteczko nic a nic nie było urokliwe, ale samo lokum na obiad baaardzo!
Juz jestem ciekawa dalszej opoqieści. Znam te miasteczka i zdaję sobie sprawę z ich uroku.