Na jedną parę nóg
Pół czerwca i pół lipca minęły bez większych trekkingów, bo wyprawę na Castellone to nawet trudno nazwać wyprawą, to jak spacer wokół domu…
Tymczasem już za miesiąc i kilka dni wyruszam z Basią w kolejny marsz. Tym razem będzie dłużej, wyżej, bardziej spartańsko i już nie możemy się doczekać, ale ja zdecydowanie muszę popracować nad formą.
I tak właśnie w ramach pierwszego porządnego treningu w niedzielny poranek poprosiłam Mikołaja, żeby wywiózł mnie na przełęcz Colla.
Nie miałam dokładnego planu, którym szlakiem iść, wiedziałam tylko, że chcę iść sama, szlakiem niełatwym i nowym, żeby przyprawić moją wyprawę dreszczykiem i adrenaliną. Załadowałam plecak „na ciężko” i przed 10.00 po ledwie kilku godzinach snu, bo tańce na basenie trwały do późnej nocy, postawiłam stopę na szlaku.
Wiele osób na to moje „sama” kręci nosem i patrzy z dezaprobatą, a ja im więcej widzę tego kręcenia nosem, tym większy mam w sobie bunt. „Kobieta sama na szlaku… To niebezpieczne!” Zawsze wtedy ucinam dyskusję słowami – „życie samo w sobie jest niebezpieczne!”
Ile wspaniałych kobiet wędruje samotnie naprawdę daleko i ekstremalnie! Przy nich taki mój trekking to bułka z masłem. Ja robię to przede wszystkim dla siebie, żeby przewalczyć strach, żeby pokazać sobie samej, że mogę, poza tym góry to mój naturalny habitat. Jestem bardziej przestraszona tym, że za dwa tygodnie po nocy będę biegać po peryferiach Rzymu, żeby Lucy odebrać z koncertu – to i owszem stresuje mnie jak nie wiem co, ale szlak? Natura? To czysta miłość.
Od Passo della Colla do Biforco
Passo della Colla to przełęcz, która znajduje się – jadąc główną drogą – kilkanaście kilometrów od Marradi w kierunku Florencji. Stamtąd rusza wiele szlaków. Tuż obok jest nasza najwyższa przełęcz Sambuca i pierwotnie to tam miałam obrać upatrzony szlak, jednak już na starcie zderzyłam się z kartką, że szlak jest zamknięty przez osuwisko ziemi.
Na szybko więc zmodyfikowałam trekkingową wizję na niedzielę i postanowiłam pójść na dobrze mi znane Lozzole, ale dostać się tam od strony, od której nigdy nie wędrowałam. O Lozzole przez te lata wiele na blogu pisałam, a wszystko to zebrane potem było w Nieznane Toskania i Romania. Gdzie Dante mówi dobranoc.
Dotarłam tam i od Passo Carnevale i od Palazzuolo i z Biforco i z Fantino… Do kompletu brakowało mi jednej drogi – właśnie od Passo della Colla.
Znak na drogowskazie informował, że czas potrzebny na przebycie tej trasy to dwie i pół godziny.
Trasa początkowo trawersuje mocno w górę, potem prowadzi przez bukowy las, który z powodzeniem mógłby być inspiracją dla tolkienowskiej puszczy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przy okazji zupełnie nieoczekiwanie znalazłam źródło słynnego potoku Rovigo,
Po kilku kilometrach doszłam do rozwidlenia dróg. W lewo szlak prowadził prawdopodobnie na Lozzole (oznaczenie było niekompletne), a w prawo do Crespino.
Przez chwilę podumałam nad wyborem i ostatecznie zmieniłam plan porzucając Lozzole na rzecz L’Archetty i Prati Piani.
Znałam ten szlak tylko częściowo i to od strony Crespino. Uważam, że jest jednym z najładniejszych w naszym Appennino i jednym z najbardziej wyczynowych. Nie bez powodu na jednej z tabliczek kilka kilometrów dalej napisano „pericoloso” (niebezpieczne).
Wyczynowość i adrenalina idą tu oczywiście w parze z widokami.
Kiedy dotarłam na szczyt widać było i Monte Falterona, gdzie rodzi się Arno i Monte Mauro w Romanii w okolicach Brisighelli i choć mocno zawoalowane od dusznego powietrza, to również Monte Fumaiolo skąd początek bierze Tybr.
Wyciągnęłam kanapkę, usiadłam na wielkim płaskim głazie i byłam sama ze sobą. I było tak dobrze. I nic a nic się nie bałam…
Powoli powoli zaczęłam schodzić do Crespino. Od Prati Piani szlak był mi już znajomy. Wiatr hulał jak głupi – tu na grani jest stałym bywalcem, zupełnie jak ja w barze ostatnimi czasy… Jeszcze raz przysiadłam na „Uccellai”, to kolejne miejsce na trasie, którego nazwa znana jest tylko miejscowym.
Jestem stąd, znam sekrety miejsc, przy moim stole w czasie fest siedzi pokaźne grono przyjaciół, dojadam piknikowe resztki – ostatnią kanapkę i pomidory z ogródka. Wiatr dalej hula. A ja wędruję sama po dziczy Apeninów, ze spokojem jakiego nigdy już nie zaznałabym w mieście. Jestem stąd. Całym sercem, całą duszą…
Mój trekking treningowy zamknął się w 17 kilometrach z delikatnym przewyższeniem 480m. Przyznam uczciwie, że byłam zmęczona, ale do tego myślę, że w głównej mierze przyczyniły się trzy cudownie zarwane noce.
Dobrego wieczoru.
Ach i oczywiście rolka z tego mojego samotnego trekkingu też powstała.
https://www.instagram.com/p/DMWv7H8qQn7/



3 komentarze
To jest historia jak warszawski ceper zostaje góralem, włoskim góralem.😉😊
Dzień dobry,Pani wpis wpadł mi przypadkiem… nie wierzę… pojutrze jadę, by przejść Gran Sasso, sama😊,z plecakiem i namiotem… czy Pani tam była, a może ma Pani doświadczenie takiego wędrowania i mogła by mnie wesprzeć wiedzą. Nikt nie wie czy mogę tam rozbić namiot (po za parkiem, oczywiście), jak jest z wodą… I takie tam drobiazgi. Będę wdzięczna za wskazówki, a jeśli nie, to napisze jak było 😊. Pozdrawiam ciepło Ola
Przepiękna trasa
Gratuluję 👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏🥰🥰🥰🥰🥰