Jeden taki moment
Było już popołudnie i niedzielne wojażowanie dobiegało końca. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na całą Romanię. I wtedy właśnie na niebie zawisła jedna maleńka chmurka. Nie była to zwykła chmurka, tylko mała drobina niczym gąbka nasiąknięta światłem. I to światło, jak teatralny reflektor, rozjaśniało pod sobą całą Faenzę. Efekt był przedziwny. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Miasto ceramiki było jak aktor w wieczornym, jesiennym monologu na nizinnej scenie.
Chmurka tak szybko, jak się pojawiła, tak też szybko zaczęła się rozpływać w niebycie, ale promienie słońca pozostawały nadal rozczapierzone i co ciekawe – biegły nie z góry na dół, tylko odwrotnie!
Dosłownie chwilę później nad Imolą zawisły dwa paski tęczy. Majaczyły w pionie trochę jak zorza polarna.
Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby ktoś urządził profesjonalny pokaz świateł.
Zdjęcia nie uchwyciły niezwykłości tamtego momentu, ani te zrobione Nikonem, ani te z telefonu. To też przydało wszystkiemu magii. Zupełnie jakby ktoś chciał podarować jedyny w swoim rodzaju spektakl, w tym miejscu, w tym czasie, bez żadnego bisu, bez żadnego uwieczniania na nowoczesnych nośnikach, jedynie we własnej pamięci.
W poprzednich latach zdarzyło mi się już trafić wyjątkowy moment. Dosłownie chwila i szast prast, wszystko znikało. Warto zawsze patrzeć z uważnością.
Stravedamento
Na drugi dzień, czyli w poniedziałek z marradyjskich okolicznych wzgórz można było zobaczyć pobielone szczyty przedgórza Alp. To z kolei jest efekt stravedamento. Jest to określenie rybaków z Wenecji, a dokładnie podobno z Chioggi, którzy tak nazwali moment, w którym z morza widać Dolomity, jakby były na wyciągnięcie ręki. To zjawisko jest efektem przede wszystkim bardzo niskiej wilgotności powietrza i sprawia, że widoczność sięga do kilkuset kilometrów.
My oczywiście nie jesteśmy w Veneto, ale myślę, że to określenie w obecnej sytuacji możemy sobie pożyczyć.
Zawsze w takich chwilach przypomina mi się mały Mikołaj, który kiedyś jadąc przez Faenzę odwrócił się i zafascynowany powiedział – mamusiu tam widać Alpy!
Skwitowałam to wtedy z pobłażaniem – dziecko, a czy ty wiesz jak daleko stąd są Alpy?
Myślałam, że to naprawdę jego dziecięca fantazja, tymczasem Mikołaj miał rację. Zimą i jesienią bardzo często z niziny Romanii widać na horyzoncie łańcuch pobielonych szczytów.
Co do zorzy natomiast to i tę kilka tygodni temu można było zaobserwować we Włoszech. Wszyscy byli wtedy podekscytowani, ale ja pamiętam jak Lucy skomentowała to z przekąsem – przecież to się naprawdę nie ma z czego cieszyć…
Pierwszy listopadowy tydzień już na półmetku. Gwar kasztanowy ucichł. Teraz każdy wypatruje świeżej oliwy, choć z tą w tym roku jest podobno problem. Najbliższy weekend to sakry w Brisighelli, a zaraz po nim czeka mnie miłe spotkanie.
Niektórzy mówią, że środa to taki mały piątek i coś w tym jest… Dobrego wieczoru!



2 komentarze
Rzeczywiście, efekty świetlne były niesamowite, szczególnie ten jakby rozbłysk, wystrzał światła z ziemi. W rzeczywistości musiało to robić jeszcze większe wrażenie!
Che bello!!!!