Lato
A tymczasem wrzesień dalej mami nas latem. To lato już inne, już cykady nie dzwonią, już zieleń tu i ówdzie przyprósza się lekko złotem, ale słońce nadal grzeje i światłem aksamitnym spowija apeniński świat.
Jeśli chodzi o efekty wizualne, wrzesień jest na pewno ładniejszy niż sierpień. W gajach kasztanowych i bukowych cyklamenów i zimowitów teraz całe dywany. Ich świeża efemeryczność w połączeniu z pierwszymi zeschniętymi liśćmi daje mariaż wyjątkowej urody. Początek i koniec, dziewicza delikatność i starcza skostniałość.
Lato wrześniowe ma z nami być jeszcze przez jakiś czas. Byłoby pięknie gdyby wytrzymało do końca „kontraktu”.
Co dalej
Ten wspaniały wrzesień dobiegł już do końca pierwszego etapu. Pierwszy wrześniowy tydzień za nami. Tydzień, który był eksplozją wzruszeń, piękna, spokoju i radości. Po „porażce” niedokończonego cammino, był jak terapia, jak lekarstwo, jak balsam na udręczoną lekko duszę.
Udało mi się nawet odkryć nowy szlak, który jednak do czasu publikacji książki pozostanie off the record. I dziś jeszcze sama nie wiem jak zostanie opisany w tej książce opisany. Moja opowieść nie będzie przecież suchym spisem trekkingowych szlaków. Chciałabym, aby stała się pełną emocji opowieścią o podróżowaniu pieszo i celebrowaniu każdego kroku.
Wracając do września…
Każdy z minionych dni przyniósł coś dobrego. Każdy był wyjątkowy. Mam nadzieję, że ta hojność wrześniowa w kwestii pozytywnych emocji dalej będzie trwała. Przede mną niedziela z pięknym planem. Niedziela, na którą czekam już od kilku tygodni. Potem nowy tydzień z Florencją i to nie raz, z wyczekaną kolacją, z nowymi spotkaniami, z jeszcze większymi emocjami.
Marradi przestawiło się już na powakacyjny rytm. Jeszcze chwila i zacznie się szkoła – dla mnie to pierwszy rok bez takich atrakcji. Mikołaj pracuje ciężko, bo winobranie w pełni. Wraca zmęczony, ale szczęśliwy, bo kilka razy był „szefem drużyny”. Cieszy się zdobytą wiedzą i chętnie dzieli nią ze mną. Patrzę na niego, kiedy pochłania o świcie śniadanie. Niby jeszcze mój bobas, ale te ramiona jakieś szersze, ręce nabrały męskości i siły, dłonie na których widać ślady pracy, twarz ogorzała od słońca, włosy wypłowiałe. Piękny jest. Patrzę i patrzę i napatrzeć się nie mogę.
Lucy nie widziałam od kilku tygodni. Ma piękny koniec wakacji i mam nadzieję, że i u niej dobra passa będzie trwała i trwała. To co dzieje się dziś, jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się nieprawdopodobieństwem. Mam nadzieję, że teraz już rozumie to, co przez ten czas uparcie jej powtarzałam – szczęście przychodzi samo, czasem wtedy, kiedy najmniej się go spodziewamy. Ważne, żeby nigdy, przenigdy nie tracić nadziei.
Pięknej niedzieli!
Ps. Cichutko przypomnę, że zawsze będzie mi miło i będę bardzo wdzięczna, jeśli co jakiś czas będziecie pamiętać o skromnej kawie dla Domu z Kamienia. Za wszystkie dotychczasowe z serca dziękuję. <3



Jeden komentarz
Niech się dzieje dobrze ❤️