Pracowity niedzielny poranek
Niedzielny rytuał, na który zawsze czekamy został w tym tygodniu zaburzony przez pracę ekstra. Przykro ze względu na rytuał, ale oczywiście wspaniale ze względu na pracę.
W minioną niedzielę byłam fotografem w czasie tegorocznego bierzmowania marradyjskiej młodzieży. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że niestety po kochanym przez wszystkich don Pino, przyszedł proboszcz, którego trudno zdzierżyć nawet najbardziej religijnym członkom społeczności. Nie chcę na blogu na nikogo wygrażać, poza tym dla mnie akurat, ze względu na osobiste przekonania, jest to osoba, którą muszę znosić tylko w sytuacjach związanych z pracą, jednak nie zmienia to faktu, że przykro mi ze względu na innych.
Zdjęcia udały się – na tyle, na ile pozwolił don i mam tylko nadzieję, że udało mi się godnie i satysfakcjonująco dla innych moje zadanie wypełnić.
Wróciłam do domu wymemłana jak zwłoki, bo takie fotografowanie jest szczególnie męczące, zjadłam to, co z sercem przygotował dla mnie Mikołaj i niedługo potem przyjechał On i razem znów założyliśmy nasze Hoka, żeby zrobić kolejne rozeznanie w grzybach…
Spokojny spacer
Ruszyliśmy z miejsca, które miejscowi nazywają Suntina – opowiadam o nim w ostatniej książce – wczesnym popołudniem. Tym razem NAPRAWDĘ mieliśmy zamiar tylko tylko trochę pospacerować, bez żadnych szaleństw i ekscesów, bo… Przede wszystkim on miał już w nogach 20 karkołomnych kilometrów z blisko 1000 m przewyższenia przejechanych rano na rowerze, a ja pracowity poranek.
Postanowienia sobie – życie sobie i znów wyszło jak wyszło…
– Powiedz mi, że nie tylko ja się tak pocę… – powiedziałam ocierając pot, który zalewał mi oczy.
– Żartujesz? Leje się ze mnie strumieniami.
– Dalej chyba musimy iść w górę.
– Ten szlak powinien być już tu.
Jeszcze raz popatrzyliśmy na aplikację w telefonie.
– Wiesz co? Czy ta linia, którą wzięliśmy za nieoznaczony szlak to nie jest linia kolejowa, która biegnie pod nami?
Ogarnął nas taki śmiech, że wystraszyliśmy pewnie wszystkie dzikie zwierzęta w promieniu kilometra.
– My to jednak lubimy sobie komplikować życie, prawda? To było zapisane w gwiazdach, już od pierwszego spojrzenia – żartował dalej i zaraz dodał bardziej poważnie – ale to oczywiście jest bardzo piękna komplikacja…
Wędrowaliśmy generalnie poza szlakiem i to takimi podejściami i zejściami, że gdyby nasze mamy nas wtedy zobaczyły, to by pewnie zabroniły nam się ze sobą „zadawać”.
– My nie musimy na żadne runmagedony czy iron – biegi jeździć, my sobie je sami spontanicznie fundujemy niemal co weekend. A ty dziś jeśli jeszcze popływamy w rzece to masz triathlon na medal!
Grzybów nie znaleźliśmy żadnych, ale ile mieliśmy przy tym radości, satysfakcji i adrenaliny, to tylko my wiemy, a ja dodatkowo poznałam kolejne miejsce, o którym nie miałam pojęcia i które, gdybym odkryła sama, to nawet nie miałabym pojęcia czym jest! Kolejny sekret moich Apeninów…
Sekrety apenińskiej linii kolejowej
Zaczęło się od tego, że kiedy już sprawdziliśmy w kwestii grzybów ostatni dziki gaj kasztanowy i pożegnaliśmy się z wizją porcini na kolację, zdecydowaliśmy, że wrócimy do auta korytem potoku. Szło nam się lekko, łatwo i przyjemnie w przekonaniu, że będziemy w punkcie wyjścia nawet szybciej niż myśleliśmy.
I wtedy nagle zatrzymał nas wysoki wodospad, po którym ani się zsunąć, ani go obejść nie było sposobu. Popatrzyliśmy chwilę na aplikację, pogłówkowaliśmy, a Jemu zaraz się przypomniało, że „jest tu blisko takie wyjątkowe miejsce i że jeśli trochę zmodyfikujemy naszą trasę, to przynajmniej zobaczę coś nowego”.
Rzeczywiście po niecałym kilometrze dotarliśmy do zagadkowej, owalnej budowli. Gdybym napotkała ją sama, w życiu nie odgadłabym czym jest.
Budowla była wysoka mniej więcej na dwa metry i od góry przykryta solidnie żelazną kratą.
– Mogę tu wejść? – zapytałam pokazując na kamienie, które ktoś ustawił jak schodki.
– Musisz!
Spojrzałam w dół i aż zakręciło mi się w głowie. Krata przykrywała studnię tak głęboką, że nie było widać dna.
– To sfiato del treno – powiedział – prawdziwy popis dawnej inżynierii.
Linia kolejowa na odcinku Marradi – Borgo San Lorenzo biegnie głównie tunelami. Najdłuższy z nich ma 3 km i co ciekawe cała linia nie jest prosta, tylko gnie się jak podkowa. Żeby rozładować ciśnienie jakie wytwarza pociąg w tunelu, potrzebne były sprytne „wentyle bezpieczeństwa” – oto dlaczego powstały „sfiati del treno” nazywane inaczej studniami di sfiato, choć z wodą nie mają nic wspólnego. Na naszej trasie są takie trzy (jeśli się nie mylę), z czego najwyższy, czy też najgłębszy ma 70 m!
Byłam zachwycona. Każde takie odkrycie, to jak znalezienie ukrytego – nomen omen – głęboko skarbu.
Karkołomna część naszej wyprawy zaczęła się kilka kroków później, kiedy próbowaliśmy odszukać właściwy szlak, co po osuwiskach ostatnich lat, nie jest łatwe nawet ze wszystkimi aplikacjami świata.
Ale tak jest dobrze, tak ma być i dobrze mieć kogoś, kto też mimo zmęczenia czuje potrzebę porządnego skołtunienia się na szlaku – kogoś kto w takich sytuacjach nie narzeka, nie wpada w panikę, nie jęczy, że ciężko, że trudno, że boli, że kleszcze, że żmije, że zabłądzimy, że zjedzą nas wilki, że nie da rady, że się boi… Czasem czuję się jakbym znowu miała 15 lat.
Dobrego nowego tygodnia!


