Jest plan!
Trochę bałam się wracać do tematu planów wyjazdowych, żeby naprawdę nie pomyślał, że aby żyć muszę kompulsywnie planować podróże, ale zaraz potem pomyślałam, że strach zdecydowanie za długo rządził moim życiem.
– Tak sobie myślę… Czyli w trzeci weekend października generalnie moglibyśmy coś wykombinować, prawda?
Zerknął jeszcze raz na kalendarz w telefonie.
– Tu mamy kolację, tak?
– Tak.
– No to ten trzeci weekend wygląda ok.
– To może zrealizujmy podróż, którą pierwotnie planowaliśmy na moje urodziny?
– Do X?
– Mhm. I moglibyśmy wtedy zrobić pierwszą jazdę rowerową. Ty podjąłeś wyzwanie cammino, to teraz na mnie kolej.
Zapalił się do pomysłu niemal tak jak ja i do tematu podszedł na serio. Zaraz w ulubionej aplikacji wyznaczył rowerową trasę na mój debiut.
– To będzie 30 km i … szlag! Jakieś 800 m przewyższenia. Możesz nie dać rady…
Spiorunowałam go wzrokiem i z teatralnym oburzeniem prychnęłam:
– Jak ja nie lubię, kiedy ktoś mówi, że ja nie dam rady…
– Oj wiem, wiem, ale to naprawdę jest wymagająca trasa.
– A ja nie lubię robić rzeczy „dla dzieci”. Powiem ci tylko po cichu, że ja się bardziej boję stromego zjazdu, niż wjazdu pod górę.
– Ja cię nauczę. Zjeżdża się tak…
Tu wygłosił krótką pogadankę, demonstrując jednocześnie odpowiednie pozycje. Na drugi dzień zamówił mi spodenki z silikonową wkładką, żeby mi po tych kilometrach cztery litery nie odpadły, a ja o świcie pognałam do cantiny, żeby sprawdzić, czy któryś z naszych rowerów ma napompowane koła. Pomyślałam, że może warto byłoby pojeździć dla rozgrzewki nawet po asfalcie… Wszak od lat na rowerze nie siedziałam.
Skład rowerów w cantinie
Rowerów pół cantiny, a żaden się nie nadaje. Rower Mikołaja jest dla mnie zwyczajnie za wielki. Potem słynna Graziella – stoi na dwóch kapciach. Inny rower górski, który rozmiarem mógłby być i dla mnie i który mamy z jakiegoś odzysku po znajomych, podziela bezpowietrzny los Grazielli.
Potem mamy rower piękny, miejski, stylowy, który dostałam w prezencie, ale który nijak nie sprawdza się w warunkach marradyjskich. I w końcu mały rowerek, który przyjechał z nami jeszcze z Polski i na którym pierwsze rowerowe „kroki” stawiały moje dzieci – rzecz jasna też raczej odpada.
Mam miesiąc, żeby trochę podnieść swoją rowerową formę i mam nadzieję, że mnie Mikołaj wesprze w tym ambitnym działaniu, bo przed Nim to wolałabym jednak cicho sza!
Cieszę się na ten nowy plan i na nowe wyzwanie i na wspólny czas i na kolejne przeżycia, bo ledwo wróciliśmy z Abruzzo, a ja mam wrażenie, że to już wieki całe minęły.
Tymczasem oficjalnie ze sceny schodzi lato, choć mam wrażenie, że ma zamiar grać jeszcze spektakle nadzwyczajne. Jest pięknie, zielono, słonecznie, ciepło, zwiewnie i oby tak trwało jak najdłużej.
Wczoraj znów gotowaliśmy na dwie pary rąk i na naszą listę TOP 10 wpadł kolejny przepis. Pojawi się wkrótce w kuchni, bo wczoraj rozproszona głowa zbyt późno przypomniała sobie o zdjęciach.
Dobrego dnia!


3 komentarze
Oo rowerowa wycieczka, czułam ze to nastąpi Super 👍😜
Serdeczności z Małopolski! Pani Kasiu proszę jeszcze w Kuchni podzielić sie przepisem na marynowane cebulki szarotki. Ja zrobiłam z opisu z wpisu blogowego i to jest REWELACJA! A może teraz książka kucharska …
Ooo proszę o relację z tej rowerowej przejażdżki. Na pewno wrażenia będą niezapomniane.
Nie ma czegoś takiego jak kompulsywne planowanie podróży- jeśli się lubi podróżować to każda okazja do spędzenia czasu w innym miejscu jest ważna i potrzebna do rozwoju ;).