O lecie w tym roku już ostatni raz
Myślałam, że to już jutro, tymczasem jesień oficjalnie wejdzie na scenę dopiero w nocy z wtorku na środę. Szukając rano informacji o dokładnej dacie jesiennej równonocy natrafiłam na mnóstwo artykułów na temat włoskiego lata 2026. Wszyscy zgodnie twierdzą, że było to najbardziej gorące lato w historii Italii – przynajmniej odkąd prowadzone są obserwacje. Do tej pory prymat należał do 2003 roku, ale obecny rok odebrał mu go w wielkim, upalnym stylu.
Ten tegoroczny upal zmasakrował niestety pomidory. Mam wrażenie, że ugotowały się na krzakach. O grzybach – przynajmniej na ten moment – możemy zapomnieć. Dopiero kilka dni temu został cofnięty zakaz rozpalania jakiegokolwiek ognia. W ostatnich dniach trochę popadało, więc zieleń odżyła i jest chyba bardziej zielono teraz, niż było w połowie sierpnia. Od kilku dni do spania przykrywamy się też czymś więcej niż tylko prześcieradłem, choć przez całe lato i prześcieradło było niepotrzebne.
Tak czy inaczej było to piękne lato i oczywiście żal, że kończy już powoli swoje panowanie – przynajmniej oficjalnie, bo na ten moment prognozy pogody dalej są łaskawe i październik ma się zacząć w prawdziwie letnim stylu. Oby te prognozy się sprawdziły.
Jeszcze kilka lat temu przeżywałam moment odchodzenia lata jak żałobę po minionym. Jednak z czasem nauczyłam się dostrzegać dobre rzeczy nawet w deszczowym listopadzie, który – nawiasem mówiąc – nie zawsze musi być deszczowy.
Z każdym rokiem coraz bardziej doceniam powrót do posezonowej rutyny. W tym roku doceniam go podwójnie, bo tę moją rutynę uszyłam sobie na miarę i latem trochę mi jej brakowało.
I na koniec ostatnia letnia refleksja – odkąd jestem tutaj, gdzie być powinnam, ten moment, kiedy lato przekazuje pałeczkę jesieni, niezmiennie kojarzy mi się z podjęciem najlepszej życiowej decyzji – decyzji o „niewróceniu”. Oto zaczął się mój 14 toskański rok…
Plany na jesień
– Zarezerwujmy coś! Nie wiem… No nawet niech to będzie za pół roku, ale coś musimy mieć w planach. Po raz pierwszy, odkąd jesteśmy razem, nie mamy nic zaklepanego na sztywno i wcale nie jest mi z tym dobrze.
– Viziata! (rozpieszczona) – zaśmiał się.
Chwilę potem wzięłam telefon do ręki i zaczęliśmy studiować kalendarz wolnych weekendów. Potem zerknęłam na booking, potem sprawdziliśmy jeszcze kilka innych adresów i tak zasiało się ziarenko nowej, niewielkiej podróży, która powinna wykiełkować dokładnie za miesiąc.
Poza tym na tę jesień mam w planie dwie wspaniałe wystawy i jedno nowe muzeum. Po cichu myślę też, że może w listopadzie wpadniemy na jedną noc do Rzymu… Już nie Gianl’ym, tylko ekspresowo pociągiem. Ferraty musieliśmy odłożyć na następny rok, nowe cammino raczej też, choć tu czas pokaże. W ogóle czas pokaże, co mi/nam z tych planów wyjdzie. Mam przede wszystkim nadzieję, na dużo pracy, bo jednak te marzenia nawet jeśli po taniości i ze spaniem w aucie, to jednak trochę kosztują.
A teraz już zabieram się za odgruzowywanie piwnicy i strychu, bo dziś poza pracą zarządziliśmy kilka organizacyjno domowych czynności. Jutro znów praca, zamiast jednej z ulubionych fest. Dla przypomnienia dla tych, którzy są w okolicy – już jutro w Modiglianie żywe obrazy i Feste dell’800.
Dobrego weekendu!
Ps. Zdjęcia z Abruzzo, jako dobra wróżba dla jesiennych podróżniczych planów.


