Śniadanie
Starsza pani, która zarządzała pensjonatem nakryła dla nas stół w małym pokoiku. Na stole stał koszyczek z pieczywem, klasyczne dżemy i miód w opakowaniach jednoporcjowych – jak to często w hotelach bywa i po jajku na miękko-twardo.
Trochę się zdziwiliśmy, bo w recenzjach poprzedni goście wychwalali bogate i różnorodne śniadanie.
– No nic! – powiedział – najważniejsze to zjeść. Przeżyję bez „affettato” (plasterki wędlin).
Moja Druga Para Hoka zaczyna śniadanie od kromki opieczonego chleba ze swoją ulubioną, śniadaniową wędliną. Dopiero potem jest część na słodko.
Ja najpierw zjadłam jajko, potem sięgnęłam po kromkę chleba posmarowaną cienko dżemem i kiedy zjadłam ją do połowy, w drzwiach pojawiła się znów starsza pani z całym półmiskiem wędlin i serów.
– I teraz się zacznie, a ja się już właściwie najadłam – powiedziałam, kiedy znów zostaliśmy sami.
On ubawiony i bardzo ukontentowany sięgnął po speck.
– Zjedz też mój przydział – popatrzyłam błagająco.
Chwilę potem starsza pani podała nam też kawę – dla mnie piękne caffelatte – tak jak lubię – z dużą ilością mleka i nim znów zniknęła w korytarzu zapytała:
– Z czym wam podać cornetti? Marmolada? Czekolada? Przyniosę wam po dwa.
Popatrzyliśmy na siebie z przestrachem.
– Nie, nie! Wystarczy po jednym. Obydwa z albicocche (morela).
– Potem mam dla was jeszcze jogurt – tu kobieta zaczęła wyliczać smaki.
– Myślę, że za jogurt już podziękujemy.
– A dorobić wam kawy?
Poprzedni goście mieli rację. Śniadanie u starszej Pani było nie do przejedzenia.
Podziękowaliśmy pięknie, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy powoli w drogę powrotną, jednak już godzinę drogi od Bolzano czekała na nas pierwsza atrakcja.
Castel Beseno
Nie mogło w czasie naszej wyprawy zabraknąć zamku. Jak tylko zmieniliśmy cel wyprawy, zaraz zaczęłam poszukiwania miejsca godnego uwagi i tak trafiłam na największą w całym regionie Trentino fortecę – Beseno, która znajdowała się dokładnie na naszej powrotnej trasie.
Już na zdjęciach Castel wyglądał imponująco. Usytuowany na wzniesieniu dumnie dominuje nad doliną rzeki Adige w połowie drogi pomiędzy Trento i Rovereto.
Pierwsza wieża, od której potem zaczęła rozrastać się forteca istniała w tym miejscu prawdopodobnie już we wczesnym średniowieczu. Jednak dopiero w XV wieku zamek rozrósł się do takich rozmiarów, jakim możemy go podziwiać dziś.
Tak naprawdę bardziej przypomina średniowieczne borgo. Mówienie o nim „zamek” zdaje się krzywdzącym niedopowiedzeniem.
Obecnie cała budowla jest pięknie odrestaurowana i często w jej murach odbywają się historyczne rekonstrukcje i spektakle. Wstęp do zamku kosztuje 10 euro (bilet normalny) i można zwiedzać go na własną rękę, choć w każdym pomieszczeniu znajduje się ktoś z personelu, kto chętnie odpowie na wszelkie pytania.
Dojechaliśmy do Beseno tuż po 10.00 rano, chwilę po otwarciu zamku dla zwiedzających i zaraz na wstępie bileter poinformował nas, że właśnie tego dnia o 12.00 będzie jedna z historycznych rekonstrukcji.
Ostatecznie jednak, ta opóźniła się dłuższą chwilę, więc ze względu na upał i jeszcze długą drogę postanowiliśmy jechać dalej, tym bardziej, że spontanicznie na wieży zamku zrodził się pomysł na ostatni etap naszej lipcowo – sierpniowej podróży.
CDN…
Już powoli zbliżam się do końca opowieści.
Dobrego weekendu!
I ROLKA z zamku.



Jeden komentarz
Zamek ABSOLUTNIE NIE SA MO WI TY!! Kasiu, pięknie proszę, może warto zrobić z tych zamków temat na książkę. Myślę, że nie tylko ja będę zachwycona.
A co do śniadania, to było ono „po austriacku”:), do oporu, zgodnie z tradycją. Bardzo lubiliśmy te śniadania, a niekiedy dostawaliśmy też wyprawkę „na drogę”. Po rogaliku z dżemem i kawie to była miła odmiana.