Porcini przed zmierzchem
Wrócił z pracy po 17.00, zmęczenie na samą myśl o szukaniu grzybów postanowiło taktownie milczeć. Szybko się przebrał i pognaliśmy w „nasze miejsce”. Mieliśmy dwie godziny do ściemnienia się, ale najpierw musieliśmy się do tego miejsca dostać. Ruszyliśmy tak dziarskim krokiem, że trasę, której przejście w niedzielę zajęło nam godzinę, tym razem pokonaliśmy w 30 minut.
Trzeba wiedzieć, że tu szukanie grzybów jest wyprawą trekkingową. Często idzie się bardzo pod górę, kilometr, dwa, a nawet więcej żeby wybadać grzybowe miejsce, które zwykle jest maleńkie, co najwyżej wielkości małego boiska. Tych miejsc człowiek uczy się przez lata i trzyma je w tajemnicy jak największy skarb.
Dotarliśmy do naszej „grzybiarni” tuż po 18.00 i zaraz zaczęliśmy węszyć. Najpierw nic, a potem ja stanęłam na czymś, czego spod liści nawet nie było widać. Maleńki porcino. Chwilę potem on krzyknął z entuzjazmem – jego porcino był zdecydowanie większy. Potem przekrzykiwaliśmy się już na zmianę i cieszyliśmy jak dzieci z dumą podziwiając nasz powiększający się zbór. Najpierw ucieszyliśmy się, że wystarczy na frittatę, potem, że może na coś więcej, a koniec końców wyszła nam taka uczta, że klękajcie narody.
Wróciliśmy do auta już po zachodzie słońca. W nogach mieliśmy prawie 6 km. Ostatecznie nawet nie wyciągnęliśmy latarek, bo jeszcze ostatnie smugi dnia – przynajmniej tam, gdzie nie było drzew, rozjaśniały drogę.
Uczta i porcini w roli głównej
Na kolację, poza frittatą, przygotowaliśmy dodatkowo na patelni kapelusze borowików z czosnkiem według instrukcji jego mamy.
– Potrafimy sobie dogodzić, prawda? – żartowaliśmy siadając do stołu, bo to, co na stole naprawdę godne było poematów.
Swoje zbiory grzybowe przywiózł do domu też Mikołaj, więc pomyślałam, że dziś wypróbuję pewien przepis.
Jest to przepis na zupę grzybową, który On sfotografował dla mnie z prywatnych, rodzinnych zbiorów, mniej więcej rok temu.
Przepis napisany jest odręcznie, starodawną kaligrafią i oczywiście nie podaje żadnych proporcji, więc będę improwizować. Jeśli ta próba się powiedzie, już wkrótce w Kuchni w Kamiennym Domu pojawi się nowy przepis, tym razem z rodzinnego włoskiego ricettario.
Tymczasem zapraszam Was na marynowaną szalotkę (https://kuchniawkamiennymdomu.blogspot.com/2026/09/marynowana-szalotka-w-oleju.html) i życzę Wam pięknego weekendu.


2 komentarze
Kasia, boga w sercu nie masz! Już mi ślinka leci, więc jeszcze cichutko poproszę o przepis na te kapelusze z patelni, bo też sobie chcę dogodzić:D Domyślam się, że clou leży w dodatkach. Uwielbiam grzyby w każdej postaci, więc przepis na zupkę mile widziany;)
Piękne zbiory, w moich rejonach jeszcze grzybów nie ma chociaż ciągle widzę w sm ludzi chwalących się koszami pełnymi prawdziwków. Przepis na szalotkę bardzo mnie zaintrygował i jak dorwę gdzieś szalotkę to spróbuję zrobić tym bardziej ,że stale korzystam z tego włoskiego przepisu na pomidory w słoiku „al naturale”. Pozdrawiam serdecznie