Jaszczurka z natury
W poprzednim życiu na pewno byłam jaszczurką, bo jeśli chodzi uwielbienie gorąca i słońca tracę wszelki zdrowy rozsądek. Oczywiście po przeżyciach środka lata, nie mogę już bezkarnie smażyć się na słońcu, ale uwielbienie we mnie zostało.
Tak czy inaczej muszę przyznać, że miłą odmianą po najgorętszym w historii włoskim lecie, jest panujące nam ostatnio ciepło „normalne”, ciepło wrześniowe, ciepło początku jesieni.
Oznacza to, że po wyprawie po zakupy do Marradi nie muszę biec pod chłodny prysznic, że możemy znów włączyć piekarnik i przygotować straccetti di pollo (przepis wkrótce), że można znów wyruszyć na porządny trekking bez brania ze sobą kilku litrów wody. Tak… to wrześniowe lato ma wiele plusów.
Z krztyną żalu spakowałam w tych dniach torbę najlżejszych sukienek i wyniosłam na strych. W tym sezonie już się raczej nie przydadzą. Zostało w szafie kilka letnich „przejściowych” sukienek, bo ze zwiewnościami trudno mi się rozstać, a tak czy inaczej na całą zimę zostawiam tiule, bo bez tiulu ni hu hu!
Grzyby
W czwartek rano Mikołaj napisał na WhatsApp – prawie 3 kg prawdziwków – i na dowód załączył zdjęcia. Cudne wszystkie! Jak malowane! Jak z atlasu grzybów! Wypytałam oczywiście co i jak, bo w Italii szukanie grzybów to sport dla wtajemniczonych. Dziś późnym popołudniem (choć to pora absurdalna) my też zrobimy kolejne podejście.
– Latarki musimy wziąć – powiedział o świcie, kiedy tuliliśmy się na pożegnanie.
– Wiem, wiem…
– Wiadomo jak to z nami jest… – zachichotaliśmy konspiracyjne – niby dwa kroki, a potem wychodzi jak zwykle.
– A na kolację co dziś jemy?
– Jeśli po pracy idziemy na grzyby, to nie ma czasu bawić się z rybą. Zjedzmy frittatę. Jest tyle dobrych jajek, które przyniósł Mikołaj.
– Z salsiccią? Cebulą?
– I może z grzybami…
Wiejskie życie i dziękuję!
Tyle jest dobroci w tym wiejskim, toskańskim życiu.
– Czy ty będziesz dziś na kolacji? – pytam Mikołaja kilka dni temu, na co zaraz przychodzi odpowiedź na WhatsApp:
„Teraz zabija kurczaki.” (wciąż w 3 osobie)
– Co? – Nigdy nie wiem, czy Mikołaja odpowiedzi brać na serio czy nie.
Zaraz wyświetla się też zdjęcie poglądowe…
Na farmie rodziny Cateriny ubili kilka kurczaków, żeby zrobić zapasy na zimę. Mikołaj znów się czegoś nauczył.
„Chce mama kurczaka wiejskiego?”
„Pewnie, że chce!”
Przyniósł Mikołaj tego kuraka, a my się nadziwić nie mogliśmy.
– On będzie twardy, ale bardzo smakowity – pouczył Mikołaj – bo to nie jest takie rozmemłane mięso, jak ze sklepu. On miał mięśnie, bo sobie biegał wolny bez żadnej chemii i antybiotyków.
– Biedny…
– Niech mama nie będzie hipokrytką.
– Masz rację…
I tak oto sobie zajadamy dobroci, co się da to eko i myślę sobie, że w tej kwestii jesteśmy jednak bardzo rozpuszczeni.
Pomidory z ogródka, cebula od dziewczyny z gór, grzyby, kasztany, trufle, „prawdziwe” jajka, zioła, dżemy domowe, orzechówka. Coś wspaniałego. A do tego do Biforco wrócił Domenico z ciężarówką wyładowaną brzoskwiniami, śliwkami, gruszkami, dyniami i czosnkiem.
Za ciepłe słowa wczoraj dziękuję całym sercem, dziękuję też za internetowe działania i kłaniam się pięknie. Chandra niestety ma się dobrze, Pascal mnie ignoruje, algorytmy też.
Dobrego schyłku września!

