Poranek drugiego dnia
Chciałabym napisać: wyruszyliśmy tuż po wschodzie słońca, bo to brzmiałoby tak pięknie, niemal tolkienowsko, jednak prawda jest taka, że wschód słońca oglądaliśmy sobie w naszych pieleszach, bo tak nam w tym naszym domku na kółkach dobrze, że czasem nie chce się z niego wychodzić. Potem przyszła pora na śniadanie i tu też nam się nie spieszyło, bo mieliśmy wrażenie, że każda mijająca minuta jest na wagę złota – taki czas od jubilera. Skały oblewało nieśmiałe bladoróżowe światło, a niebo zaczynało się szarzyć chmurami.
Było tak jak On zawsze marzył – przebudzenie na wysokości ponad 2200 m – pomiędzy Passo Falzarego i Valparola.
W końcu kilka minut przed 8.00 z zapakowanymi plecakami, uzbrojeni w kijki ruszyliśmy w nowym kierunku. Tym razem naszym celem były kolejno: jezioro Limides, Forcella Averau i schronisko o tej samej nazwie, potem schronisko Nuvolau, następnie Scoiattoli, potem okrążenie skał o wdzięcznej nazwie 5 Torri i na koniec powrót na Passo Falzarego mijając po drodze ostatnie schronisko Col Gallina.
Forcella Averau i Nuvolau najstarsze schronisko Dolomitów
Szlak drugiego dnia podobał nam się jeszcze bardziej niż pierwszy. Był bardziej różnorodny, a przez to wspinaczka zdawała się łatwiejsza – zdecydowanie mniejszy trud się odczuwa, kiedy nie widać, co czeka nas za zakrętem.
Lago Limides było wyschnięte. W środku lata to normalne – wiele mniejszych jezior i potoków wysycha. W każdym razie okoliczności przyrody piękne były już od pierwszego kroku.
Najciekawsza zabawa zaczęła się właśnie od Limides. Wspinaczka do Forcelli Averau była przyjemną dawką mieszaniny trudu, adrenaliny, pokazu zwinności i coraz bardziej zachwycającego krajobrazu.
Od Forcelli było już tylko piękniej. Można było podziwiać w pełnej krasie góry, na które wspinaliśmy się pierwszego dnia, widać było inne słynne Passo – Giau i przede wszystkim majestatyczny masyw królowej Dolomitów – Marmolady, na której jarzyły się w słońcu błękitne lodowce. Po szarym niebie poranka nie było już śladu. Wszystko to było do zakochania.
Od Forcelli Averau szlak się wypłaszczył i pięknie gzymsikiem trawersował bokiem olbrzymiej skały. Niedługo potem wyłonił się nasz kolejny cel – Rifugio Nuvolau.
Najpierw jednak dotarliśmy do pierwszego schroniska Averau i dopiero od tego punktu zaczynali pojawiać się gęściej turyści. Od Averau czekała nas ostatnia tego dnia dłuższa wspinaczka, bowiem najstarsze schronisko Dolomitów znajduje się na wysokości 2575 metrów n.p.m.
Rifugio Nuvolau jest przepięknie położone na skalistym czubie. Dominuje nad przełęczą Giau a z drugiej strony zerka na 5 Torri. Jego historia liczy sobie około 140 lat.
Z paleniska dochodził przyjemny zapach pieczonej kiełbasy, więc mimo wczesnej pory poczuliśmy lekki głód. Była jednak dopiero 10.00, a my przed sobą mieliśmy jeszcze długą trasę. Sfotografowaliśmy każdy fragment panoramy na cztery strony świata i zaczęliśmy schodzić do kolejnego schroniska – Scoiattoli, które uważane jest za jedno z najładniejszych w całych Dolomitach.
Scoiattoli, 5 Torri i Gin Dobry
Rzeczywiście trudno schronisku Scoiattoli odmówić urody. Trzeba jednak pamiętać, że to jedno z bardziej popularnych miejsc i można tu wjechać wyciągiem, a co za tym idzie – turystów uprawiających „trekking łatwy i przyjemny” nie brakuje, a poza tym tuż obok znajduje się „pięć wież” – 5 Torri.
Zatrzymaliśmy się przy Scoiattoli na jedno piwo – dosłownie jedno na dwie buzie, ot żeby się nawodnić i postanowiliśmy najpierw obejść charakterystyczną grupkę skał, a dopiero potem rozsiąść się na zasłużony posiłek.
Giro delle 5 Torri zajmuje niecałą godzinę, choć dystans to mniej niż dwa kilometry. Nie sposób jednak nie przystawać co kilka kroków. Poza tym znajdują się tutaj pozostałości z czasów wojny, które są jak muzeum pod gołym niebem. 5 Torri są też rajem dla uprawiających wspinaczkę. Przez dobre 10 minut staliśmy jak urzeczeni i gapiliśmy się na chłopca na oko pięcioletniego, który dzielnie pod nadzorem rodziców wspinał się po skalistej ścianie.
Po przejściu całego „giro” wróciliśmy do schroniska, zamówiliśmy kanapki, piwo i rozsiedliśmy się na wyczekany odpoczynek. Dzień był bajeczny, pogoda również, piwo było bajecznie chłodne, a cały dzień bajecznie nieprawdopodobny.
Od Scoiattoli zaczęliśmy schodzić do schroniska Col Gallina w kierunku Passo Falzarego. Ta część trasy była najbardziej męcząca. Wchodząc pod górę człowiek musi tylko zapanować nad oddechem, ale zejścia takie jak to, choć pozornie „z górki”, koncertowo wykańczają kolana. Do tego gorąc, mimo wysokości, dawał porządnie popalić.
– Popatrz, ona idzie boso – powiedział na widok wyłaniającej się zza zakrętu dziewczyny – i zaraz do niej samej pokazując na stopy dodał z uznaniem – brava!
– Jest gorąco… Pieką mnie stopy – powiedziała po angielsku dziewczyna – W Polsce mówimy…
– Anch’io sono Polacca – powiedziałam, kiedy skończyła swoją wypowiedź i zaraz uświadomiłam sobie, że mówię po włosku – przepraszam, ja też jestem Polką – poprawiłam się, czym On był szczerze ubawiony.
Wymieniliśmy kilka miłych słów i każdy poszedł w swoją stronę.
– Primuszczek – próbował sobie przypomnieć nazwy kwiatów – coś chyba nie tak…
– Prymulka i przylaszczka! Ty zrobiłeś z dwóch kwiatków jeden. Podoba mi się!
– A jak się mówi po polsku buongiorno?
– Dzień dobry.
– Gin Dobry… – powtórzył i znów bardzo się ucieszył – GIN dobry! To na pewno zapamiętam.
– Nie żaden gin, tylko dzień! – tym razem ja byłam ubawiona. Uwielbiam te nasze lekcje językowe, bo on się przed żadnym słowem nie poddaje i nie mówi nie zawracaj mi głowy.
– Dzień dobry – powtórzył tym razem bezbłędnie.
– Bravo! Jak ty ładnie umiesz wymówić polskie słowa.
– Dzień dobry, dzień dobry – powtarzał dumny z siebie – tylko wiesz, że ja za pięć minut nie będę tego pamiętał?
Paplając tak dotarliśmy w końcu do ostatniego schroniska Col Gallina.
– Popatrz mulo (muł)!
– Disse la vacca al mulo: „oggi ti puzza il culo”, disse il mulo alla vacca…
– „Ho appena fatto la cacca!”*
Byliśmy wykończeni, ale do ostatniej chwili bawiliśmy się jak dzieci. Po 15.00 znów byliśmy na Passo Falzarego…
CDN…
Dobrego wieczoru!
ROLKA z drugiego dnia.
*Powiedziała krowa do muła: śmierdzi ci dupa, powiedział muł do krowy: dopiero co zrobiłem kupę” (oczywiście po włosku pięknie się to rymuje).



3 komentarze
Jak tak patrzę na te Wasze szalone wyprawy, to sobie myślę: gdzie diabeł nie może, tam 2 Pary Hoka pośle:)
Pięęęęęękne zdjęcia. Pani Kasiu serdeczne dzięki – mam nadzieję że mi się będą śniły dziś w nocy!
❤️👍