Passo Falzarego
Wyruszyliśmy z Marradi przed piątą rano. Kiedy słońce zaczęło podnosić głowę z poduszki horyzontu, byliśmy już na autostradzie. Naszym głównym celem było Passo Falzarego…
Wielkim marzeniem mojej Drugiej Pary Hoka zaraz obok spania na Campo Imperatore było obudzenie się na Passo Falzarego. I dlatego właśnie to miejsce ostatecznie wybraliśmy na moje urodzinowe wojażowanie i na naszą pierwszą wspólną podróż w Dolomity. Jak już wspomniałam przed wyjazdem, tym razem plan wycieczki – czyli przede wszystkim szlaki – obmyślił On.
Na miejsce dotarliśmy o 10.00 rano. Ku naszemu zdziwieniu na przełęczy Falzarego (2105m n.p.m..e było tylko trochę mniej gorąco niż na nizinie). Trudno się dziwić, że w takiej temperaturze topi się lodowiec Marmolady…
Z Passo Falzarego wyruszyliśmy na pierwszy trekking, którego celem było dotarcie do schroniska Lagazuoi. Nim jednak postawiliśmy nasze Hoka na szlaku, upewniliśmy się w punkcie informacji, czy dobrze wybraliśmy, żeby przypadkowo nie znaleźć się na ferracie, do której jeszcze nie byliśmy przygotowani. Miła dziewczyna potwierdziła, że nasz wybór był dobry i poleciła też, aby w drodze powrotnej – jeśli lubimy odrobinę adrenaliny – zejść wydrążonymi w skale tunelami…
Schronisko Lagazuoi i szczyt Piccolo Lagazuoi
Wejście na górę zajęło nam niespełna dwie godziny. Wypociliśmy z siebie hektolitry potu. Wspinaczka nie była trudna, acz wymagała dobrej kondycji. Na nieco ponad 8 kilometrach zrobiliśmy ponad 924 m przewyższenia. Kto chodzi po górach, ten wie, że to nie byle co!
Wiele razy pisałam już w Domu z Kamienia o tym, jaki krajobraz lubię. Lasy są piękne, ale w górach najbardziej pociągają mnie łyse szczyty, kostropate granie, księżycowe krajobrazy. I wszystko to właśnie podarował mój urodzinowy trekking.
Tuż po 12.00 dotarliśmy do legendarnego schroniska Lagazuoi, zaglądając po drodze do grot i tuneli, które są niezwykłą pamiątką z czasów wojny. Wypiliśmy zasłużone piwo, zjedliśmy pyszne kanapki, a potem powędrowaliśmy jeszcze kawałek wyżej na mniejszy szczyt Piccolo Lagazuoi. Tam zorientowaliśmy się, że zapowiadana na popołudnie burza zdążyła zatoczyć już wokół nas półokrąg i jej pomrukiwanie zrobiło się głośniejsze.
– Schodźmy już – zarządził On – niby jesteśmy blisko schroniska, ale lepiej nie utknąć tu na resztę dnia.
Doszliśmy do stacji kolejki górskiej, pod którą, jak tłumaczyła rano dziewczyna – było wejście do tuneli…
Trzewia Lagazuoi
Ześlizgnęliśmy się ostrożnie po stromym zboczu i zaraz zaczęła się „zabawa”. Tunele pod Lagazuoi są przez niektórych uznawane za ferratę dla początkujących. Rzeczywiście linka stalowa jest bardzo pomocna i trzeba się w niektórych miejscach dobrze jej trzymać. Zalecane są też kaski – momentami kamienny sufit jest niski. Nie jest to na pewno zejście dla każdego (wejście jeszcze gorsze) – ciemno (konieczna latarka!), ślisko, klaustrofobicznie (jeden tunel ma chyba kilometr długości), momentami wyjście jest niejasne (tunel robi się labiryntem), stromo (dzięki Bogu jest ta linka!), więc w pewnym momencie zaczyna się rozpaczliwie wypatrywać światła, ale jednocześnie jest FANTASTYCZNIE! Byliśmy wykończeni, ale i podekscytowani. Miałam wrażenie, że przy tym 52 gallerie to spacer dla dzieci.
– Czuję się jak Dante, który wreszcie opuszcza piekielne kręgi – powiedziałam i zaraz zacytowałam ulubiony wers Boskiej Komedii – E quindi uscimmo a riveder le stelle…
To był fantastyczny trekking, wspaniała przygoda na dwie pary Hoka.
Kiedy w końcu dotarliśmy znów na Passo Falzarego była chyba 15.00. Przestawiliśmy auto w miejsce, które według nas było nieco bardziej ustronne, ot tyle, by nie epatować golizną pod prysznicem, wyfiokowaliśmy się na wieczór, po czym wyciągnęliśmy nasze krzesełka, chłodne prosecco i wznieśliśmy pierwszy toast. Aperitivo jedyne w swoim rodzaju. Chciałabym znów tam być…
Ostatecznie burza okrążyła naszą przełęcz i tylko wieczorem w Cortina d’Ampezzo odrobinę pokropiło, ale w sumie to tyle, co nic. Tam zjedliśmy moją urodzinową kolację, na którą za radą Mikołaja ja zjadłam słynne lokalne pierożki z burakami – „casunziei„. Widać je w końcówce mojej proponowanej już rolki. Były przepyszne, a cały wieczór i cały dzień niezapomniane.
Wróciliśmy na nasze Passo Falzarego późnym wieczorem i szybko ułożyliśmy się do snu.
CDN…
Pięknego dnia!
Jeszcze raz ROLKA z 31 lipca.



2 komentarze
To są totalnie moje klimaty. Uwielbiam Dolomity 🥰🥰🥰 Piękne zdjęcia. Piękne urodziny ❤️
Kasiu piekne ujecia👍. Lisa trudno nie zauwazyc, sliczny rudzielec wyroznia sie wybarwieniem.
Co to jest za instalacja pod Krzyzem, wykonana z grubego, skreconego drutu i polowy olbrzymiego pocisku? Wiaze sie to z historia lub legenda?
Pozdrawiam i juz sie ciesze na jutrzejszy wpis .