Zupa
W poniedziałek Mama ze Świtą pojechała nad morze. Woda była podobno ciepła jak dobrze podgrzana zupa. Rzeczywiście potwierdzały to oficjalne komunikaty, które mignęły mi gdzieś w sieci, że w tych dniach temperatura wody na Riwierze Romanii pobiła dotychczasowe rekordy i przekracza 30 stopni. Naprawdę strach się bać. Jeszcze cały następny tydzień taka aura będzie królować, a dopiero potem upał ma odpuścić.
Mnie osobiście gorąc nie przeszkadza, ale patrząc na to, co za oknem, na rzekę, na drzewa, widząc komunikaty z Dolomitów, które teraz śledzę namiętnie – zmiany klimatyczne jednak lekko napawają lękiem.
Dziś znów ma być około 40 stopni, a my będziemy się dopiekać w renesansowych okolicznościach przyrody.
Poniedziałkowa kolacja
W związku z ekstremalnymi temperaturami przygotowanie posiłków wymaga teraz przemyślenia, strategii, kombinacji alpejskich. I tak oto w poniedziałek, kiedy Świta bawi się na riwierze, ja przygotowuję kolację. Zaczynam już o 15.00, bo mam zamiar gotować na raty. Na początek idzie cebula z Tropei na patelni – jedna z „ulubioności” Anki. Potem czekam aż palniki odpoczną i szykuję scaloppine al limone. Na koniec zostaje sałata, przy której żadna termiczna obróbka nie jest już konieczna.
Kiedy kolacja jest gotowa, przynoszę do kuchni wentylator. Po godzinie chłodzenia z 31 stopni w kuchni temperatura spada do 30. Sukces!
Jest nas dużo, każdy chucha i oddaje ciepło z całego dnia. Dania więc tylko lekko podgrzewam, bo inaczej roztopimy się jak bałwany w pierwszym marcowym słońcu.
Chciałam jednak koniecznie przygotować coś innego, bo ileż można ludzi karmić melonem???
Zdjęcia z kolacją nie mają nic wspólnego, powinny być dodane wczoraj. Kolacyjnych kadrów nie mam, bo zbyt pochłonęła mnie strategia „niegrzania” czy też chłodzenia. Co do kuchni dodam tylko, że nasze szalotki w oleju wyszły przedfantastyczne i wkrótce podzielę się przepisem – obiecuję!
Tymczasem dobrego dnia i dla tych, którym umknęło – podsumowanie lipca, nawet jeśli powoli już sierpień zbliża się do półmetka.


