Niedziela drzemkami pisana
Niedziela miała być przeplatana burzami, jednak po porannym armagedonie wszystkie chmury rozeszły się w pokoju i nim nastał wieczór, do doliny znów zaczął zakradać się upał.
Tak czy inaczej ponieważ już wcześniej mentalnie nastawiliśmy się na niedzielę w trybie „wałkonie”, nie zważając na pogodne niebo, po obiedzie znów oddaliśmy się z radością kolejnej tego dnia drzemce.
Dopiero późnym popołudniem zaczęły nami targać wyrzuty sumienia.
– Co ty ze mną robisz? – zapytałam – żebym ja o tej porze była w łóżku, zamiast zdzierać buty gdzieś na szlaku? To nieprzyzwoite!
Żartowaliśmy z naszego wałkonienia i przypominaliśmy sobie, że przecież od miesięcy marzył nam się taki właśnie dzień.
– Ale wiesz co? – przeciągnął się kolejny raz, jak po ciężkiej pracy – jestem bardziej zmęczony niż w niedziele, kiedy gonimy kilometrami po górach.
– Bo odpoczywanie w nadmiarze jest jednak strasznie męczące. Ruszymy się gdzieś?
Lody i skromny trekking
Najpierw pojechaliśmy do Palazzuolo na lody, a dopiero siedząc przy stoliku w lokalnym barze zaczęliśmy kombinować co dalej.
– Skręćmy gdzieś z drogi jadąc w stronę domu.
– Wiesz, że ja nigdy nie byłem przy kamieniołomach tych nad Gruffieto?
– Świetna myśl! Ja nie byłam tam od lat!
Nim jednak ruszyliśmy na szlak padło podstawowe pytanie:
– Gdzie jemy dziś wieczorem?
Popatrzył na mnie śmiejącymi się oczami i zaraz rzucił nieśmiało:
– A gdybyśmy tak znów wrócili na sagrę do San Martino? Spróbujemy nowych rzeczy.
– O! To ja zjem cappelletti, które miałeś wczoraj, były doskonałe.
Kilka kilometrów za Palazzuolo po lewej stronie jadąc do Marradi odchodzi wąska droga, przy której stoją drogowskazy: agriturismo i XVII Villa Gruffieto. Ta druga jest w tej chwili miejscem, gdzie organizuje się eventy, a jej zwiedzanie możliwe jest po wcześniejszym umówieniu się.
Nas tak czy inaczej interesował mały trekking do nieczynnych kamieniołomów. Przewędrowaliśmy tyle co nic, bo skromne 5 kilometrów trudno nazwać nawet trekkingiem, ale było to miłe rozruszanie kości po dniu wałkonienia się. Tym bardziej, że widok jaki rozciągał się ze szlaku – zielone wzgórza otulone ciepłym, wieczornym światłem swoją nieprzeciętną urodą łaskotały wzruszeniem w gardle.
Szliśmy i rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy i milczeliśmy. Milczeliśmy o wyjątkowości momentu i rozmawialiśmy o nas, o przyszłości, o pracy, o życiu, o przeszłości, o relacjach, o naszej najbliższej podróży.
Szliśmy, a kamyki unisono chrobotały pod butami…
Wpadliśmy do domu, kiedy była już 20.00, rach ciach przebraliśmy się „wieczorowo” i znów powędrowaliśmy do stołu.
Dobrego dnia!



3 komentarze
No takie smaczne życie to ja rozumiem:) Trzeba żyć, aby jeść, a nie jeść, aby żyć.
Spodobało mnie się określenie Barbary,, smaczne życie,, pasuje do Was. 🌷
Spodobało mi się. Mnie się podoba. Przepraszam za błąd